Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rove Story

12 sierpnia 2019

NR 33 (Sierpień 2019)

Alchemia olbrzyma Yeti SB130 i Yeti SB150

0 110

Weź trzy części flow i dokładnie połącz je ze skalistym łomotem. Porządnie wstrząśnij w shakerze. Dorzuć wygrzanych upalnym słońcem sosnowych gałązek i serwuj w niskim fullu 29”, najlepiej smakuje z brzegiem ust obwiedzionych solą.

Mamy problemy z kontrolowaniem zachwytów, dlatego poniższy materiał, choć doskonale spełnia założenia rowestory, naszego gatunku „prozatorskiego” opisującego miejsce i rower, na którym je eksplorowaliśmy, bywa chaotyczny i egzaltowany jak młodzieńcza twórczość pryszczatego poety. Nie udało nam się zachować obiektywizmu. Sorry. Musicie wziąć to pod uwagę, czytając u nas o Olbrzymach: Poświście, Leszym, Utopcu, Czarcie, Rokitniku, Zmorze i Dopplerze, ale także dwóch legendarnych, kudłatych stworach, które teoretycznie nie istnieją, choć my mieliśmy okazję dobrze je poznać.

Wpisujące się wstęgą niekończących się zawijasów, Olbrzymy nie wydają się szczególnie wymagające kondycyjnie. Nachylenie zostało po „imbowsku” wykastrowane poniżej kilkunastu procent i tylko bardzo krótkie odcinki przekraczają tę wartość – i w zasadzie tylko tam powinno zapiec w udzie. Ale w praktyce jest całkiem inaczej. Cały czas masz ochotę przyśpieszać, bo bez względu na realny zysk wysokości, wciąż liczysz, że to jest zjazd… no, z malutkimi kawałkami, na których trzeba pedałować, żeby się rozpędzić. Efekt jest dziełem ukształtowania podjazdów w płaskie tarasy przeplatane odcinkami podjazdowymi i zjazdami. Dlatego fullfejsowcy na dużych i ciężkich endurakach będą srodze rozczarowani.

Wbrew pozorom to będzie o SB130

Skończyła się ostatnia faza podjazdowa Dopplera i pokrzykujemy ze szczęścia, bo tak nam się podoba. Panorama na Śnieżne Kotły i główny grzbiet Karkonoszy spod Sośnika w połączeniu z wijącą i podskakującą ścieżką jest tu przed wieczorem zjawiskowa. Zatrzymujemy się więc, żeby robić zdjęcia. Wtem dogania nas utyty gość w kasku full face, z kompletem nastroszonych ochraniaczy na kolanach i łokciach. Pot leje się z niego strumieniami, on sam zaś ciężko dyszy. „Teraz to już zjazd?” – marzy nasz nowy kompan. Trawersujemy już Grzybowiec i teoretycznie do Michałowic jest po poziomicy, ale zjazdem to bym tego nie nazwał. Z rozmowy wynika, że taki uzbrojony jedzie od samych Piechowic. To budzi mój podziw podszyty niezrozumieniem. Tłumaczy go tylko to, że – tak jak my – po raz pierwszy zawitał w te strony, i to grubo przed oficjalnym otwarciem. Jeszcze nie wszystko jest oznakowane tak jak należy. Nasz nowy kolega ze Szczecina ewidentnie przyjechał tu zwabiony legendą miejscówki enduro i tylko zjazdy mu w głowie. Ostatecznie puszczamy go przodem, a wtedy mój syn, biegły w wiedźmińskich opowieściach, tłumaczy mi, czym jest Doppler. Mnie kojarzy się wyłącznie z fizyką i efektem rozchodzenia się fal. Według młodszego Kędrackiego to błąd. Fizyka jest jednak nieubłagana i choć cały czas mam wrażenie, jakby trasa prowadziła w dół, to żeby sobie połechtać przysadkę, cały czas trzeba cisnąć w pedały. Yeti SB130 schizofrenicznie łączy dwie natury: zwartej trailówki, odpowiadającej na pedałowanie niewiele gorzej niż fulle XC/M, i zjazdowego pomiotu o skoku 150 mm. 
 


W tym strasznie przypomina mi Dopplera, kreaturę, która podobno potrafi się wcielić w inną, „pod warunkiem że będzie miała podobną masę ciała” – przynajmniej tak twierdzi ekspert. W paśmie Grzybowca to doskonałe właściwości i na ramie Yeti mogę zaznaczyć linijką, w którym miejscu kończy się XC i gdzie zaczyna coś więcej niż trail. Czułe w pierwszym etapie ugięcia zawieszenie nie żebrze o energię na gładkich fragmentach podjazdowych. Niweluje wibracje wywoływane nierównościami gruntu bez zapadania się pod wpływem mocnych depnięć, niezbędnych, żeby pokonywać progi i głazy. Wsparcie przyczepności ze strony ogumienia dozowałem z niepokojem o węglowe, rzadko występujące w przyrodzie obręcze Rare, o których nie mogliśmy się niczego dowiedzieć z World Wide Web. I właściwie do końca testu nie zaufałem wkładkom Effetto Mariposa, które specjalnie dla nas się w kołach Yeti znalazły. Dlatego wiem, że poczucie miękkości zależało głównie od starań inżynierów Fox i konstruktorów Switch Infinity, a nie Alberto z Effetto M. 

Jak rozbujać Switch Infinity

Arek Perin, wykonawca ścieżek, jest całkiem zwyczajnym... alienem i byłym mistrzem polski kilku dyscyplin. Hopy i przeloty, które on sam pokonuje z wierzgającym psem pod pachą, dla normalsa mogą być wyzwaniem przekraczającym możliwości. Ale choć widać, że w wielu miejscach nie mógł się powstrzymać i trochę przegiął, warto się przełamać i wychodzić na wszystkie „ślepe” progi odważniej i szybciej, niż podpowiadałby rozsądek. Owszem, przy bardziej zachowawczej jeździe są bezpieczniejsze, ale przy szybszych realne dla średnio zaawansowanego. Kiedy poczułem rytm, w jakim wykonano kolejne struktury, rozpoznałem przyjętą przez budowniczego zasadę dopasowania prędkości przejazdu do konkretnych rozwiązań, takich jak ukształtowanie band, odległości między rollerami, profilu wybić i lądowań, wówczas jazda stawała się płynna i niezwykle ekscytująca. Jest w Olbrzymach coś jeszcze: z ukształtowania kolejnych zakrętów trudno wnioskować, co będzie następne. Brak powtarzalności jest tak cudowny, że nie chce mi się już nigdy wrócić do Świeradowa, w którym powtarzalność rodzi nudę. Perin, łamiąc reguły „świętej IMBA”, naraził się na sromotną krytykę, przyjmując na klatę cięgi, jakie miały, podobno, dosięgnąć inwestora, czyli Jelenią Górę. Ale ja odnoszę wrażenie, że tylko dzięki temu ścieżka wije się nieprzewidywalnymi zawijasami. Za każdym razem zaskakują innym promieniem i dopasowaniem krzywizn. Przechodzimy z jednej bandy w drugą, ale bez wpadania w rytm, który nuży. To jak z saksofonem, za którym nie przepadam, bo wolę trąbkę. Ale Kamasi Washington może na nim zagrać ognistą solówkę miażdżącą system, a Candy Dulfer tylko cukierkowe schematy idealne na dancing w Ciechocinku. Nie znacie? To porównajcie sobie na Spotify. Osobiście wolę to pierwsze, choć często zalatują kakofonią. Niektóre zakręty Olbrzymów wpasowano we wgłębienia głazów wielkości sklepowej lady, inne są wybrukowane kamieniami, ale spotkacie też takie maniakalnie równo „wyszejpowane” łyżką koparki. Za każdym razem inne i pozwalające zidentyfikować konkretne miejsce całego kompleksu. Wreszcie są rollery. Najeżdżam i pierwszego spompowuję, z drugiego wybijam i sklejam z trzecim – i tu już mi brakuje, żeby jeszcze raz się wybić i przelecieć do kolejnego. Za wolno! Jeśli najechałbym szybciej na pierwszy i się nie bał, całą sekcję przeleciałbym po dwa. Bo? 
 

 

Bo się Perin nie mógł powstrzymać i rozsunął je szerzej niż dla normalsa. No więc kiedy widzę kolejny zestaw, biorę poprawkę, depczę w pedały, zamykam oczy i… i prawie dolatuję. Obręcz Rare z SB130 głęboko stęka, słychać jak Switch Infinity dokonuje cudów, ale lądowanie jest awaryjne. Mimo wszystko garby uformowano optymistycznie i gdybym nie był niedowiarkiem, doleciałbym. Ale nawet jeśli w ostatnim momencie stchórzę, to raczej nic mi się nie stanie, bo mają bardzo łagodną krzywiznę. Wystarczy do końca trzymać przednie koło w górze. A oto inna zasada: jeśli nie widać, co czai się za progiem, warto skoczyć bez orientacji. W wielu miejscach dropy uformowano tak, że wybicie pasuje do odpowiednio ukształtowanego lądowiska. Jest tylko jeden warunek: ślepy drop trzeba przejechać bez zwalniania. Ba! Zwalniając, traci się szansę na dolot do zgrabnie ukształtowanego lądowania. I tylko Yeti SB130 cię wybroni, bo rzeczywiście wystarcza na te wszystkie przeszkody, jakie rzucono na Grzybowcu. Zielony rower jest nie tylko dzielny i inspirujący, ale także pozwala ustać niedoskonałe lądowania i wiele eksperymentów, do których zaprasza Rokitnik. Bo w paśmie Grzybowca zostawiono wiele miejsc, które czekają na odkrycie i pozwalają się zabawić, a czasami nawet przyśpieszyć przejazd. Są skałki, z których skacząc, można ściąć zakręt. Jakieś kamienie z mikrowyrzutniami itp. Jest przerażająca początkujących ścianka, którą lepiej jest pokonać, omijając… chicken line. Powiem też, że ten objazd jest znacznie trudniejszy niż układ dla zaawansowanych, a nawet trochę mniej bezpieczny. Do pokonania głównej linii potrzebna jest odwaga i obycie z tego typu rozwiązaniami, no i zaufanie do budowniczego. Na szczęście za każdym wertem ułożono stosik kamieni, dzięki któremu przednie koło wyjeżdża ze stromizny. „36” cudownie sapie na wyobleniu świetnie pasującym do koła 29” owiniętego oponą Maxxis. Zawieszenie przyziemia dość szybko wspiera, zapobiegając zbyt szybkiemu ugięciu. Utrzymuje geometrię i ułożenie środka ciężkości między osiami, co zdecydowanie ułatwia jazdę, bo rower jest bardziej przewidywalny w czasie pokonywania kamiennego bajzlu. 

Konkretnie o SB150

Yeti od dłuższego czasu nie oferuje zjazdówki, choć wszyscy wiedzą, że to ich konik. Niewykorzystany potencjał i aspiracje zaszyto więc w SB150, a każdy kolejny stopień pochylenia terenu coraz bardziej to uwydatnia.

Pozycja na rowerze jest naturalna. Siedzi się „w rowerze”, a po wysunięciu siodełka kierownica jest dość nisko, co sprzyja podjazdom. Wysunięcie kierownicy do przodu nie garbi sylwetki ani nie wydaje się przesadnie długie. SB150 L pasował mi (180 cm) jak ulał. Gięcie i inne parametry kokpitu dają czytelną informację, że na Yeti nie wolno po prostu siedzieć, na nim trzeba „przyjąć pozycję”. To nie jest rower bulwarowy dla pozera. Żeby wykorzystać jego potencjał, trzeba się postarać. Jeśli jednak już się zacznie dziać, a jeździec postanowi użyć wszystkich swoich umiejętności, rozczochrany kudłacz w pozycji speedway roztacza nimb magii. Z kolei na przyczepnych, ciasnych skrętach nic nie wróży nirwany, Yeti dość nachalnie nie zacieśnia zakrętu. Dopiero reset pozycji: przesunięcie do przodu, znaczne obniżenie pozycji, przesadne wręcz wypchnięcie łokci oraz zdecydowane pochylenie w zakręcie, pozwala zapanować nad narowami SB150. Yeti bardzo szczerze rewiduje samozachwyt jeźdźca i jego przeświadczenie o tym, co oznacza prawidłowe rozmieszczenie mas między kołami, wysokości środka ciężkości i zaparcia o kierownicę. Dopiero kiedy spełni się wszystkie założenia poprawności pozycji wyścigowej, Yeti zaczyna coś oddawać od siebie. To jednoznaczna sugestia, że to rower do ścigania w enduro na najwyższym poziomie. Jak większość wyczynowych sprzętów jest trudny w obsłudze, wymaga finezji połączonej z siłą fizyczną, a momentami nawet brawurą. Gdy łuki są długie, przyczepne i pokonywane szybko… Szybko? Za każdym razem okazywało się, że można przejechać je jeszcze szybciej. Bo SB150 jedzie jak po szynach. Trzyma kurs i jest w pełni przewidywalny. W czasie rabczańskiej edycji Enduro MTB Series warunki były całkiem zawodowe. Jeździliśmy tylko po śliskim, bardzo śliskim i nieprzytomnie śliskim naturalnym gruncie. Przyczepność była ujemna, tak jak wsparcie band na zakrętach. Właściwie nie przypominam sobie, żeby jakieś bandy w ogóle były – same offcambery. Yeti dał się poznać ze świetnej strony, przeniesienie środka ciężkości do przodu, choć wymagało odwagi, ułatwiało zamiatanie tyłem i szybkie wyjścia z zakrętów. Pod warunkiem że sterujący zdołał skłonić przednią oponę do chwytania przyczepności. Bo oprócz moich niedostatków technicznych większość problemów na trasie wynikała z użytego zestawu opon. DHF to pyszna opona, ale nawet ona w błotnistej mazi radzi sobie tylko jako tako. Jeszcze gorzej w warunkach ograniczonej przyczepności działa Agressor zamontowany z tyłu. Rezonu zaczęliśmy nabierać dopiero drugiego dnia, kiedy zaczęło przesychać. Yeti zaczął wysuwać pazury, pokazał werwę, zwrotność, odwagę i wolę walki. W zakrętach, szczególnie tych ostrych i na przyczepnych nawierzchniach, na jaw wychodzi „nieprzeciętna” sztywność ramy. Po kilkukrotnym sprawdzeniu ciśnienia w oponach okazało się, że to jednak tylny trójkąt ramy jest odpowiedzialny za gumowatość. Szkoda. Ale choć nie znam wielu rowerów, które lepiej radziłby w warunkach, w jakich rozegrano pierwsze dwudniowe zawody enduro w Polsce, to pierwsze zwycięstwo Richiego Rude’a po ośmiomiesięcznym zawieszeniu określa, że na tym rowerze nie wystarczy jeździć. Na SB150 trzeba gnać. Wśród rowerów do ścigania się w EWS Yeti jest dobry, jednak mieliśmy już okazję dosiadać porównywalnych, a nawet lepszych maszyn. Z kolei inna cecha Yeti SB150 dosłownie zamiata wszelką konkurencję: jakość pracy zwieszenia! Zawieszenie rozpatrywać będę jako całość, bo wahacz i widelec działają w rzadko spotykanej synergii. Trudno wyobrazić sobie lepszy zestaw od zamontowanego w tym rowerze. I choć pewnie odezwą się maniacy, wskazujący na jakieś wymyślnie regulowane egzotyki, to ja jestem przekonany, że nawet przeciętnie uzdolniony politechnicznie szybciej uzyska nastawy pozwalające zyskać minuty (sic!) na odcinkach specjalnych. Na zjazdowej sekcji Dopplera czy Zmory można było odnieść wrażenie, że SB150 wręcz się nudzi, mimo starannego dobierania najtrudniejszych linii przejazdu. Zawieszenie jest do przesady czułe na małe nierówności, co niezwykle pomaga w jeździe na śliskim. Nawet bez eksperymentalnie niskiego ciśnienia w ogumieniu. W kolejnej partii skoku minimalnie zbyt szybko się ugina, co podkreśla uruchomienie hamulców. Jednak w połowie skoku niezauważenie pojawia się mięsiste wsparcie. Z tym że słowo „progresja” nie leży w słowniku pojęć tuningujących zawieszenie tego Yeti. Dopiero sam koniec skoku zaprojektowano tak, żeby użytkownik nawet po zeskoku z dropu na rock garden nie usłyszał metalicznego klangu…
 


Technologiczny barok

Widelec i damper w SB150 pozwalają regulować kompresję i powrót zarówno szybkich, jak i wolnych ugięć. Słowem: do dyspozycji użytkownika oprócz ciśnienia w widelcu i damperze są jeszcze po cztery pokrętła do regulacji tłumienia kompresji i powrotu oraz usztywnianie dampera przed podjazdami. Deprymujące? Owszem, ale Yeti daje możliwość perfekcyjnego ustawienia, udostępniając wydruk instrukcji dotyczącej ustawień wstępnych. Zawiera ona nie tylko rekomendowane ciśnienie dopasowane do masy użytkownika oraz liczbę kliknięć poszczególnych regulatorów, ale także zalecane ciśnienie w ogumieniu! Co więcej, tabele są czytelne, a wskazania okazały się niezwykle trafne. Moje modyfikacje dotyczyły tempa wyprostu, które było zbyt szybkie jak na moje umiejętności jazdy (no, R.R. to ja nie jestem) i minimalne zmiany w ustawieniu SAG-u przodu i tyłu, co wynikało z innej niż zawodowa pozycji środka ciężkości. Tłumienie szybkiej kompresji pozwala bardzo precyzyjnie ustawić ten parametr na poziomie, który czyni zawieszenie mięsistym, wspierającym, ale i przeciwdziałającym katastrofom bez cienia utraty czułości na mniejsze nierówności. A „wolna kompresja” pozwala tak skonfigurować zawieszenie, żeby równocześnie działało idealnie także na wolnych technicznych sekcjach. Dzięki temu nawet na śliskich nawierzchniach jest przyczepność, a na dużych przeszkodach pełna kontrola ugięcia aż do granic konstrukcyjnych. Podatność zawieszenia zaskakuje również na podjazdach, ponieważ rower wybiera głazy i korzenie pozwalając podjechać arcytrudne sekcje bez zamulania. Przełącznik „Firm”, „Open” w damperze nie działa spektakularnie, jednak zmiany, jakie wprowadza w działaniu dampera, pozwalają wykorzystać zarówno wszystkie posiadane...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy