Dołącz do czytelników
Brak wyników

Felieton

19 października 2021

NR 54 (Październik 2021)

Targi wczoraj i dziś

0 29

Pamiętam jeszcze targi organizowane praktycznie w centrum Friedrichshaffen. W dawnych halach. Były małe, ciasne i szalone. Targi i hale.

Cud, że w panującym na nich zgiełku udawało się wyłowić istotne nowości i historie warte publikacji. Jedną z ciekawostek tamtych czasów były tony papieru, jaki gromadziliśmy skrzętnie w bagażnikach aut, którymi się tu przyjeżdżaliśmy, parokrotnie okazując paszporty. Zbieraliśmy te katalogi z pieczołowitością i szukaliśmy w nich objawienia. Dziesiątki kilogramów papieru. Były niezbędne, ponieważ tylko największe firmy zgromadzone w największych halach miały stoiska na takiej przestrzeni, żeby uzyskany dystans do obiektu pozwalał go obejrzeć i zainspirować do oceny. Reszta „tałatajstwa”, czyli mniejsze marki, które zamiast budżetu na powierzchnię wystawienniczą miały pomysł, koncepcję i ciekawy produkt, tłoczyły się w wąskich korytarzach, na zalanych wodą parkingach w ciemnych namiotach gastronomicznych i dawnych halach produkcyjnych, w których zrobienie przyzwoitych zdjęć graniczyło z cudem. Przeniesienie się na tereny tzw. Neue Messe było przełomem kopernikańskim i ogromnie wpłynęło nie tylko na rozwój samych targów, ale śmiało można powiedzieć, że i całej branży rowerowej w Europie. Friedrichshaffen stało się forum i mekką, do której raz w roku należało przybyć, dokonać kilku rytualnych obejść stoisk, przywitać się z możnymi tego świata, porozmawiać z licznymi guru, poprosić o autograf mistrzów i mistrzyń oraz celebrytów tego światka. Niemcy co roku dodawali kolejne hale, a frekwencja rekordowo rosła. Na targi najpierw jeździliśmy we dwóch, potem trzech, żeby w szczytowym okresie doliczyć się sześciu czy siedmiu osób na stanie delegacji. Ale ilość informacji, jaką trzeba było przyjąć, zaczęła przekraczać możliwości percepcyjne naszego zespołu. Światowa konkurencja przywoziła jeszcze liczniejsze zespoły riserczerów i panowało totalne szaleństwo. Biuro prasowe pękało w szwach, przeurocze kelnerki dwoiły się i troiły, żeby nas napoić i nakarmić, a i tak fotografowie i reporterzy wyglądali jak zombie w transie. Żeby nadążyć, po halach dosłownie trzeba było biegać, a ponieważ zbiegło się to z powstaniem technologii zliczającej kroki, wiemy, że uzyskiwane wyniki były godne maratonu. Pamiętam, że żeby załatwić wszystko, na co najmniej dwóch edycjach Eurobike’u przemieszczałem się hulajnogą. Stoiska kusiły teatralnością i scenografią, kuso ubranymi hostessami, poczęstunkami, alkoholem. Ale na szczęście także merytoryczną obsługą, ciekawymi pomysłami fanatyków, prezentacjami wyznawców i apostołów różnych epokowych wynalazków. 

POLECAMY

Na naszych oczach rowery stawały się istotnym elementem popkultury, w którym pławią się gwiazdy, ale też kreuje się trendy pod dyktando przemysłu, a ciekawe koncepcje doprowadza się do groteski. Na Eurobike’ach przeżywaliśmy erę rowerowej anoreksji, szalonej opasłości i nowotworowego przyrostu skoku amortyzacji. To ostatnie zbiegło się z pojawieniem się legendarnych, lecz niesławnych bombergirls, mających podkreślić chyba to, że im więcej, tym lepiej. Pamiętam też moment, w którym większość stoisk prezentowała głównie ciała modelek, dla resztek przyzwoitości delikatnie pokryte nie tylko farbą, ale i… brokatem. Branża sprzedawców naprawdę nie wiedziała, co dalej począć i czym zachwycić zwiedzających i klientów, lansując kuriozalne pomysły na kruzery i fatbike’i. 

To szaleństwo i rozpasanie, które uwidaczniało się w halach, miało jeszcze jedno oblicze, z którym nikt się nie obnosił w świecie zewnętrznym. Hale otoczone są parkingami przeznaczonymi dla wystawców. Oprócz ciężarówek i dostawczaków roiło się od egzotycznych aut sportowych, o jakich nie wiedziano jeszcze w polskiej prasie motoryzacyjnej. Należały one do inwestorów i innych rozdających w rowerówce karty. Łatwo było rozpoznać właścicieli, bo na terenach targowych końcówki ery grunge dominowały poszarpane koszule w kratkę i bojówki. Widok wymuskanego biznesmena w eleganckich butach, wykrochmalonej koszuli i pod krawatem kwitowany był przez zwiedzających z politowaniem, ale skośnoocy wystawcy nie zwracali na nas najmniejsze uwagi. Za to bardzo dobrze wiedzieli, kto przyjechał żółtym prosiakiem czy czarną esklasą i wili się, z całym swoim zespołem, jak frygi.

Płynęła gruba kasa.

Trzeba koniecznie powiedzieć, że Eurobike rozkwitł na trupach innych imprez targowych w Europie. Bawarczycy długo toczyli bratobójczą walkę z kolońską IFMĄ, wykończyli też targi w Turynie i nie dali podnieść się powyżej ściśle lokalnego poziomu targom organizowanym i w Hiszpanii, i w Czechach czy we Francji. Eurobike zyskał na prestiżu, kiedy wielkie ideowo targi Interbike organizowane w Las Vegas zaczęły podupadać, a ich klientela, składająca się z niezwykle żywotnych i kolorowych, a bardzo egzotycznych dla Europejczyków firm amerykańskich, odkryła czar okolic Jeziora Konstancji. To był szczyt i wszyscy stwierdzili, że małe lokalne targi dla bawarskich sklepów stały się rowerową imprezą o zasięgu i wpływie na skalę globalną. Bo byli tu naprawdę wszyscy. I gigantyczne firmy produkcyjne, i najtęższe głowy rowerowej inżynierii, i producenci kalkomanii czy kapturków do wentyli.

Na przełomie wieków wiele rowerowych firm wysokiej technologii zaczęło szukać wyróżnika dla swoich koncepcji. Ponieważ ich przewagi leżały głębiej niż warstwa podkładu lakierniczego, wymagali większego zrozumienia dla skomplikowanych technologii. Przekazanie i wytłumaczenie wszystkich zalet wymagało więcej czasu niż kwadrans rozmowy w hałaśliwej hali wystawienniczej. Zaczęto organizować specjalne wyjazdy dla prasy. Testowano różne formaty. Brałem nawet udział w takim, w którym szef marketingu płacił za drinki w stripbarach Las Vegas firmową kartą z rowerowym logotypem. Ale rychło się przekonano, że lepszym modelem dla rowerowych dziennikarzy jest bezdeszczowa lokalizacja i możliwość wyszalenia się po superścieżkach na MTB czy przejechania głośnych przełęczy szosówką. Dla źle wynagradzanych publicystów była to premia, dla której warto było zarywać noce i pisać raporty z pobytu w niebie. Tam, w więcej niż komfortowych warunkach i szczupłym gronie, można było dowiedzieć się z pierwszej ręki, dlaczego i jak powstały najnowsze rowery dla mistrzów. Czasami wśród nas pojawiali się dealerzy i kiedy się przekonali, że wieczorem po rowerach, oprócz cienkiego piwka, można zorganizować sześciofajerkowy bankiet, na gigantycznych halach Eurobiku zaczęły pojawiać się niewidoczne gołym okiem spękania.

Kiedyś, po sporej dawce serum prawdy, dowiedziałem się od pewnego dużego importera, dlaczego nie interesują go imprezy targowe z dużą różnorodnością marek. Wówczas, paręnaście lat temu, powiedział mi mniej więcej tak: Jak na targach pojawią się zwiedzający sklepikarze, to ja ich muszę najpierw przyciągnąć imponującym stoiskiem, a imponowanie kosztuje. Potem muszę ich złowić atrakcyjną ofertą i prezentami – to znaczy podzielić się marżą i kiedy już chcę podpisać kontrakt, oni pod byle pretekstem odchodzą z mojego stoiska i idą do innych. Po jeszcze lepsze warunki! Jeśli wracają (jeśli!), moja oferta musi być jeszcze lepsza. Organizując bardzo drogie spotkanie dealerskie dla nich i ich rodzin, urządzając kosztowne bankiety i wynajmując luksusowe hotele, ponoszę koszty. Ale nie przekraczają one kosztów wystawy na targach. Ale jak moi handlowcy dopadną ich rano, to na kacu podpiszą preordery umożliwiające mi godziwy zarobek.

Pierwszy z Eurobike’u wycofał się Trek, wówczas jeszcze z takimi markami jak Gary Fisher, Lemond i pozostałościami Kleina oraz z raczkującym Bontragerem. Powiedzieli wprost, że wynajęcie praktycznie całej hali B to dla nich za drogo. Oprócz opłat za „podłogę” musieli uwzględnić scenografię, która zmiecie konkurencję, obsługę stoiska, transfery sprzętu, zaproszenia dla dealerów, występy gwiazd sportu, hotele... Za te pieniądze mogli śmiało zorganizować wystawne spotkanie dealerskie, a nam „journos” (pogardliwe określenie rowerowych publicystów, bo nie ma wśród nas dziennikarzy) zafundować kilka wyjazdów do Whistler. Opłaciło się? Nawet jeśli nie wiecie, to finansiści Speca zrobili taką analizę. I Specialized z wielkim szumem wyemigrował z hal Eurobike’u rok później. Tej wyrwy nie udało się już załatać, choć Niemcy śpiewali „nic się nie stało!” i sprzedawali uzyskaną powierzchnię z zyskiem. Głównie swoim rodakom. W kolejnych latach następne duże brandy mniej lub bardziej taktownie opuszczały listy wystawców Eurobike. Początkowy entuzjazm niemieckich marek pozyskujących najatrakcyjniejsze lokalizacje w halach Eurobike zastąpiło zawahanie się i kiedy nagle wywędrował cały Cube i Pon z Focusem i przyległościami (choćby Santą), widać było, że miejsc w szalupach nie wystarczy. Cały rowerowy świat szukał nowych przestrzeni do obwieszczania nowości. Wszystkie leżały poza Friedrichshaffen. Jedna z wysp szczęśliwych ulokowała się na dwa sezony w Kielcach. Ale i tak większość prezentowała swoje zasoby w świecie wirtualnym.

A potem przyszedł zły wirus i przynajmniej część z uczestników rynku zrozumiała, że nie są kreatorami i od nich samych nic nie zależy.

Tak się kiedyś prezentowało rozbudowane kolekcje (i wszystkie modele się mieściły).

Kiedy w tym roku pojawiłem się na Neue Messe 1 we Friedrichshaffen, pierwszym, co mnie uderzyło, była przejmująca cisza. Usiadłem w ogródku dla prasy, piłem kawę i słyszałem tylko stuk filiżanek o spodki. Jeszcze dwa lata temu brzęczało tu jak w ulu. Przekrzykiwaliśmy się nawzajem, kto odwiedzi które stoisko i dlaczego, na podjeździe szumiały taksówki, słychać było krążące auta poszukujące wolnych miejsc na parkingu i utyskiwania tych, którzy utknęli w gigantycznych korkach. Teraz była cisza i spokój jak w ogrodzie babci tuż przed końcem wakacji. Zresztą siedziałem przy stoliku sam. Wejście na tereny było łatwiejsze niż dotychczas, bo choć całą odprawę zrobiłem wcześniej online, tak jak działo się już kilka lat temu, to tłum przed otwarciem wystawy się nie kłębił. Liczne były ekipy GCN-u, Velomotion, pojawili się chłopaki z Bikerumora, ale np. silna i głośna niegdyś ekipa Pinkbike pozostała niewidoczna. Małą grupę uzupełnialiśmy my, kilku zabłąkanych dinozaurów rowerowej publicystyki. Porządek był, bo wejście na hale targowe uruchomiono z dokładnością zegara atomowego. Wejście do A1, największej z hal Friedrichshaffen, przemianowanej na Zeppelinhalle Cat, nie zapowiadało nic groźnego. Stoisk z wystawami oprzyrządowania do „elektryków” było dużo, a liczni producenci wtyczek, okablowania, bliżej niezidentyfikowanych silników, a nawet trybików prężyli muskuły na luksusowo urządzonych stoiskach. Pomiędzy nimi jak w ukropie uwijali się menedżerowie produktu większych i mniejszych brandów rowerowych. Wyglądali jak zombie i zadawali tylko jedno pytanie: Leadtime? W kuluarach dawało się słyszeć lament dotyczący dostępności i wykorzystania slotów na produkcję konkretnej bardzo wyspecjalizowanej śrubki, zaślepki czy wspornika itp. Na producentów osprzętu już nawet nie leciały kalumnie. Menedżerowie produktu uzbroili się w cierpliwość i z ciekawością wypytywali mnie o działanie przerzutek egzotycznych brandów. I nie chodziło o Rotora, ale Wandę, Adventixa czy S Ride. Dopiero widząc objętość kolejnych hal rzędu A, w których niegdyś brylowały najzacniejsze marki, w brzuchu coś mnie ścisnęło  . Przejścia pomiędzy stoiskami były nienaturalnie szerokie, a same hale najczęściej wypełnione w połowie. Bolało to, tym bardziej że od wielu lat za każdą z nich było przejście do gigantycznych hal namiotowych, w których próbowała przedstawić swoje skarby mniej zasobna, ale odporniejsza na wysoką temperaturę reprezentacja rowerówki. Wolną przestrzeń pięknych hal oddzielono skromnymi zasłonkami albo aranżowano kateringiem czy sofami, na których można było spocząć czy dobić targu. Skrajne hale, czyli A7 oraz B4 i B5, stały całkiem puste. Luźno było też na centralnym placu pomiędzy halami. Kilka stoisk pod namiotami tylko podkreślało pustkę. Wystrój stoisk był dość skromny i dosłownie kilka marek przedstawiło layouty zbliżone do lat sprzed pandemii. Paul Lange, czyli importer Shimano na Europę wystawił się barokowo. Oczekiwana (choć pewnie należałby powiedzieć spóźniona) premiera Dura Ace i Ultegry była powodem, żeby wystrzelić z grubej rury. Jednak rynek niemiecki był bardziej zainteresowany wspomaganiem do cargo. Publiczność snuła się po stoisku, ale daleko było do entuzjazmu, z jakim witano premiery w poprzednich latach. Ot, ktoś zakręcił kółkiem, stanął przy dobrze odczyszczonej replice roweru teamowego na nowym Durasiu i bezwiednie miętosząc klamkę, gawędził z dawno niewidzianymi znajomymi z branży. Serio, nie widziałem nikogo, kto rzucałby się z ogniem w oczach na, było nie było, znaczące nowości na bardzo prestiżowym rynku szosowym.

 Tak się kiedyś mamiło (kochanie, ta dziewczyna z plakatu przysłania się przecież widelcem, on mnie bardziej interesuje niż jej biust. Uwierz proszę!).
 Tak się kiedyś ubierało hostessy.
Tak się kiedyś robiło pokazy ciuchów rowerowych
(spokojnie, ona ma pod spodem rowerowe majtki Scott z wkładką).
 Tak się kiedyś ubierało hostessy.
 Takie wizje transportu miejskiego miał kiedyś Cannondale
(dziś kupiony przez potentata motoryzacyjnego Europy). 

Niespodziewanie tłum kłębił się na Rock Machine – ale może to wycieczki autokarowe spowodowały zalew stoiska, a może mieli oni lewe dojście do części i zasobny magazyn? Wyróżnił się KTM, prezentując kilka ciekawych nowości w obszernym i bardzo poglądowo dobrym stoisku. Kilku niemieckich importerów przedstawiło ofertę marek, których stoisk oficjalnie nie było, tak zadziało się np. z Meridą i Centurionem. Solidne po niemiecku było stoisko Abusa, SKS-a i Schwalbe. W każdym z aspektów: od sposobu prezentacji po nowości produktowe i układ artefaktów. Wystawa zaprezentowana przez Boscha wyraźnie musiała wskazać, kto jest liderem na rynku wspomagania i, uczciwie mówiąc, pokazała. Ogromne stoisko Bullsa było równie nudne, zarówno jeśli chodzi o treść, jak i układ, więc nawet pojawienie się w pełni carbonowego modelu Sonic EN-SL w odmianie Daytona, czyli srebrnym kolorze, i z amortyzacją Intend nie zatarło obrazu marki dla emerytów z Bawarii. Zaskoczyła mnie natomiast oferta Flyera zgrabnie ulokowana na przestronnym stoisku w halach A. Marka, która debiutowała jako ściśle speedpedelecowa, przedstawiła spójną kolekcję eBików podlegających restrykcjom przynależnym rowerom. Czyżby półmotorowery elektryczne to była jednak ślepa uliczka? Pewnie ta wystawa nie była całkiem reprezentatywna, jednak stężenie speed pedeleców zawsze było na Eurobike’u mocne.

  Tak się kiedyś robiło biznesy.

Czyli rachu-ciachu i wróciłem do domu? Otóż nie! Strefa cateringowa pomiędzy halami miała wyjątkowo imponujące rozmiary i, jak sądzę, sprzedano w nim więcej piwa niż w poprzednich niecovidowych edycjach. Na Eurobike’u 
pojawiła się praktycznie cała spragniona kontaktu branża i przy stolikach siedzieli wszyscy ci, którzy nie mieli stoisk, a ci ze stoisk przychodzili, żeby dołączyć, pogadać i poklepać się po plecach. Tu zawsze, także w poprzednich edycjach, było tłoczno, jednak teraz przez cały niemal dzień nie można było się przecisnąć pomiędzy stolikami. Przedstawiciele firm, które się nie wystawiały, wyciągali z neseserów produkty i robili prezentacje. Dawno niewidziani znajomi wpadali sobie w objęcia: Jakie maseczki, weź przestań, Dietmar! Carpe diem i Dolce Vita, zwłaszcza że pogoda była doskonała, słonecznie i niezbyt ciepło. Po kilku spotkaniach z nieobecnymi na targach markami zaczęło do mnie docierać, że kluczową cechą targów jest nie tyle przedstawienie badziewia w bizantyjskich sceno...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy