Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda , Otwarty dostęp

15 listopada 2021

NR 54 (Październik 2021)

Dolinki Krakowskie
Gravel w stylu MTB

0 89

Mój drugi maraton MTB w życiu: stoję przed namiotem, gdzie sędzia (czy ktoś sędziopodobny) wywiesza kartki z wynikami. Pcham się tam, grzecznie mówiąc „przepraszam”, i na kolejnej kartce dostrzegam znów tak nieubłaganie dużo podobnych do siebie wyników: sekunda różnicy, dwie sekundy, cztery. Czekam i wydaje mi się niemożliwe, żeby tak dużo osób mnie wyprzedziło. Jakim cudem dwie minuty przede mną były dziesiątki innych zawodników? Naprawdę nic o tym sporcie nie wiedziałam. 
Potem pamiętam opustoszałe Krakowskie Błonia, na które wjeżdża Grzesiek – cały na biało-czerwono, to znaczy zakrwawiony i grubo obandażowany. Naprawdę się nie spodziewaliśmy, że koleiny mogą być tak niebezpieczne. Mój drugi maraton w życiu wyssał w moim wnętrzu próżnię, którą przez kolejne lata musiałam wypełnić dużą dawką podobnego ścigania. Grzesiek już nigdy z nami nie pojechał.

 

POLECAMY

Kraków to było moje ściganie. Oczywiście, góry wygrywały z każdym Krakowem, ale w Krakowie czułam się jak w domu. Z wielu powodów, ale głównie ze względu na ukształtowanie terenu: niekończące się pagórki i bukowe lasy. Góra, dół, przez 102 kilometry, w połowie dystansu Zamek Tenczyn, a na koniec Lasek Wolski, wały i okropne Błonia, które ciągnęły się w nieskończoność, choć metę słychać było prawie przy uchu. Maratony w Krakowie zawsze wbijały się w jakieś niesamowite wąwozy, z szerokim po horyzont uśmiechem Kota-Dziwaka, pełnym białych wapiennych zębów, przynosiły całkiem satysfakcjonujący wynik. Taki zestaw wystarcza, by chcieć tam wracać.

 

 

Wracam

W słoneczny „pierwomajski prazdnik” i w jesienne podeszczowe niedziele, przy każdej niemal aurze, nawet zimą, choć tego nie polecam, bo trochę tam jak w smutnym rosyjskim filmie: gawrony i wicher na pustych polach między szarymi zagajnikami i architektura raczej spoza wszelkich kanonów stylu. Ale październik czyni tam czary i dlatego warto wstać, gdy jest ciemno i o 7:30 rano zaparkować u podnóża klasztoru karmelitów bosych w pobliżu Krzeszowic.

 

 Pozostałości murów klasztoru karmelitów bosych w Dolinie Eliaszówki.
Drewniany domek u wjazdu do Doliny Racławki. 
 Amonity strzegące ujęcia wody. Gdzieś na Jurze.

 

Góry–niegóry

Trasa rozpoczyna się ostrym podjazdem i już w tym miejscu żałuję, że nie mam przełożenia 30×52 i opon z grubym klockiem. Z przodu 36 zębów, z tyłu kaseta 42, a na kołach prawie łyse GravelKingi, które bardzo nie chcą się kleić do mokrego podłoża pełnego liści i traw. Dobra, udaje się wyjechać wąską ścieżką i dopiero pod samymi murami klasztoru daję za wygraną. Trasa, którą wytyczyliśmy, ma ponad 1200 metrów przewyższenia na 75 kilometrach i już na pierwszym kilometrze widać, o jakie jeżdżenie chodzi na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

Jak podaje Wikipedia: „obszar Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej (zwanej też Jurą Krakowsko-Częstochowską) stanowił niejednokrotnie dno morza, przez co powstało wiele warstw skał (dolomity, margle, wapienie).

Charakterystyczne są wystające ponad powierzchnię zrównania liczne wapienne ostańce wznoszące się na wysokość do kilkudziesięciu metrów, powstałe w wyniku procesów krasowych, jakie panowały w podzwrotnikowym klimacie trzeciorzędu. Wynikiem procesów krasowych są także liczne jaskinie. Wapienna płyta budująca wyżynę opada w kierunku północno-wschodnim, a teren wznosi się na wysokość około 300 m n.p.m. po wschodniej stronie Częstochowy do około 500 m w części południowej”. Jak by nie interpretować tego opisu, nie brzmi on jak góry, a jednak wybór roweru na tutejsze wąwozy i wzniesienia nie jest aż tak oczywisty i gravel sprawdzi się jedynie pod warunkiem, że Twoja rowerowa historia nie była wcześniej wyłącznie szosowa. Nie jest tu szczególnie płasko ani łatwo. Ale za to niesamowicie uroczo!

 

Ojcowski Park Narodowy i białe skałki Doliny Prądnika. 
Mostek w Dolinie Racławki. 
Niewinnie wyglądający szlak w Wąwozie Stradlina aż prosił o grubsze opony.

 

Dolina Eliaszówki

Przejazd przez klasztor jest cichy i pozbawiony atrakcji. Dzień chyba jeszcze nie wstał tu na dobre i na bruku jest sporo wilgoci. Szybki asfaltowy zjazd od klasztoru prowadzi nas wprost do małego mostku na drugą stronę rzeczki Eliaszówka. Od mostku droga ostro wbija do góry i już po chwili zmienia się w kamienisto-ziemny szlak. Jedziemy wzdłuż kamiennego muru klasztornych posiadłości, by co chwilę spadać z roweru, który na oślep szuka przyczepności na wapiennych kamieniach pod grubą warstwą liści. Chyba nie do końca jesteśmy świadomi tego, że zaraz obok mamy potężną dziurę w ziemi – kamieniołom; jego obecność odkrywamy dopiero na szczycie wzniesienia.

Szlaki na Jurze często są zupełnie nieprzetarte, w popularnych miejscówkach, owszem, czasem ludzi jest sporo: pieszych, rowerzystów, wspinaczy, ale większość szlaków pozostaje pusta i... nieprzejeżdżona. To z jednej strony jest kapitalne, jeśli nie lubi się tłumów, z drugiej stanowi problem, jeśli kierunek jazdy przestaje być oczywisty ze względu na brak wyraźnego śladu drogi. A zdarzają się tu takie numery, że nawigacja wpędza Cię w środek zaoranego pola albo każe wybrać między czterema leśnymi ścieżkami, z których później ta słuszna okazuje się najmniej przejezdna.

Przemieszczamy się po dość równym terenie, na małej leśnej polance trafiamy na niewielki wojskowy cmentarz z czasów I wojny światowej, a chwilę potem dojeżdżamy do wioski Dębnik. Otoczeni przez bardzo wysokie i strome zbocza jedziemy tajemniczą doliną aż do sporego kamieniołomu, który psuje trochę krajobraz, nie tyle swoim widokiem, ile pyłem, którego teraz pełno jest tu na drodze.

 

 

Dolina Racławki

Gdy mijamy kamieniołom, odbijamy w lewo i zaczynamy się wspinać łagodnie w górę rzeczki Racławki, mijając pojedyncze urocze drewniane domy. Dolina Racławki zaczyna się asfaltem, ale później przechodzi w szlak. Nie za szeroki, o ziemnej nawierzchni, bez wielkich przewyższeń wije się wzdłuż rzeczki, czasem prowadząc nad nią mostkiem. Niezwykle przyjemny fragment, bez względu na porę roku, kończy odbicie w prawo i wspinaczka (ten fragment może okazać się marszem) wśród skałek zalesionym Wąwozem Stradlina, gdzie wiosną spotyka się fiołki i zawilce. Zanim osiągniemy szczyt wzniesienia, skończy się las i pojawią się pola. Odbijając w prawo we wsi Szklary, omijamy jedną z atrakcji Dolinek Krakowskich, czyli Rezerwat Doliny Szklarki – tym razem jej nie odwiedzimy.

Jeden z drewnianych domów w Dolinie Prądnika w Ojcowskim Parku Narodowym. 
Nie zawsze towarzyszą nam skały – polne pasaże to nieodłączny element podróży przez Jurę.  
Takich skał na naszej trasie mijamy kilkanaście, niewidoczne z asfaltu, odkrywają się dopiero przed ciekawskimi, którzy wjadą głębiej w teren.

 

Dolina Będkowska

Gdy zjeżdżamy z asfaltu [to bardzo krótki fragment, gdybyś wybrał(-a) MTB, nie napisał(-a)byś w recenzji trasy, że za dużo asfaltów] wpadamy na doskonałą szutrową (lepiej byłoby powiedzieć gravelową) drogę, która prowadzi bukowym lasem. Początkowo ostro w górę lasem i jego skrajem z widokiem na pola, a potem już w dół wąwozem o łagodnych zboczach poprzez pięknie brązowy krajobraz.

Dolina Będkowska jest ładna. Prowadzi przez nią asfaltowa, a później bita droga, z której rozpościera się widok na imponujące wapienne skały. Łagodna linia drogi, zbocza porośnięte lasem, łąka, leniwa rzeczka i biel wapieni ściągają tu turystów, wspinaczy i grotołazów. W karczmie Brandysówka właściciel dużo Ci opowie i pokaże okazy stalaktytów, amonitów czy kryształów kalcytu, które znalazł w okolicznych jaskiniach. Dodatkowo nakarmi zupą i ciastem, i napoi kawą lub piwem. Kiedy jest ładna pogoda, pole namiotowe w dolinie pełne jest ludzi, w Brandysówce tworzy się potężna kolejka za czymś do jedzenia, a w samej dolinie unosi się zapach pieczonej na grillu kiełbasy. Czasem chce się stamtąd czym prędzej czmychnąć, ale jesień i pandemia dobrze służą dolinie. Mam wrażenie, że w końcu czas odpowiednio tu płynie i dzięki temu absolutnie nikomu nigdzie się nie spieszy. Nas wygania z doliny chłód – rzeczka i cień rzucany przez zbocza doliny nie były w stanie zorganizować nam piknikowych warunków u progu listopada.

 

 

Ojcowski Park Narodowy

Za Brandysówką droga robi się węższa, można by się uprzeć i w ogóle odmówić użycia słowa „droga” w przypadku szlaku w górę doliny. Robi się za to błotniście i po deszczach to nie będzie najczystsza przeprawa, jednak sam szlak jest fajny, nietrudny, raczej nie można nazwać go podjazdem, mimo że wiedzie lekko pod górę. Po drodze mija się kolejne mniejsze i większe wapienne ostańce, między innymi mój ulubiony o wdzięcznej nieoficjalnej nazwie Dupa Słonia. Po przekroczeniu drogi krajowej 94 stajemy u bram najmniejszego w Polsce – Ojcowskiego Parku Narodowego. Cudownie krętym asfaltem zamkniętym dla ruchu samochodowego zjeżdżamy do Doliny Prądnika – jednej z dwóch dolin, które obejmuje park. Wokół trochę turystów, również kolarzy (akurat tutaj głównie szosowych, bo droga w dolinie prowadzi aż do Zamku Pieskowa Skała i dalej). W październikowych kolorach ta dolina onieśmiela swoim urokiem: białe skały, zagajniki na zboczach, trochę śródziemnomorska łąkowa roślinność porastająca ubogie skalne podłoże, a w samej dolinie soczysta trawa, owocowe drzewka i dużo drewnianej architektury z przełomu XIX i XX wieku. Tutaj grzecznie poruszamy się po wyznaczonym szlaku, nie pchamy się w teren, zresztą byłoby trudno wspinać się na gravelu po pionowych skałach. Robimy wahadłową przejażdżkę głównym deptakiem w dolinie i zawracamy, gdy docieramy do zapełnionych p...

Artykuł jest dostępny w całości tylko dla zalogowanych użytkowników.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałow pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy