Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda , Otwarty dostęp , Turystyka

4 sierpnia 2021

NR 51 (Lipiec 2021)

Najbardziej płaska trasa świata

0 181

Poprosiłam kiedyś wujka Google o przeprowadzenie mnie z Wrocławia do Rybnika w województwie śląskim. Wujek Google zakasał rękawy i swoim zerojedynkowym patykiem wyrysował mi prostą jak nitka trasę wiodącą przez trzy województwa. „Rowerem będziesz jechała, powiadasz? Dobrze! Spodoba ci się opolskie” – mruknął, po czym wrzucił mnie w najrozkoszniejsze, najbardziej malownicze, najwygodniejsze i najdogodniejsze szutrówki świata. Na 25-milimetrowych oponach!

 

POLECAMY

W tamtym czasie rowerowy świat był na etapie definiowania pojęcia „gravel”, coś tam komuś świtało, że to podobne do przełajówki, że można terenem, że asfaltem, powiedzmy, też przejedzie, ale nikt tym nie podróżował. Ot, śmieszny rower do jeżdżenia po lesie. Dystanse robiło się na szosie – takie były zasady. Z Wrocławia do Rybnika było na tyle daleko (nadal jest!), że przygoda powinna „zrobić” się samym dystansem; nie trzeba, na miłość boską, podkreślać jej dodatkowymi kilometrami leśnych ścieżek, tajnych skrótów przez rozjeżdżone traktorami pola i przeprawami przez śluzy i kładki na Odrze, do których prowadziły atrakcyjne według Google trasy ciągnące się po wałach przeciwpowodziowych. Ale Google wiedział swoje. Strava w tamtym czasie nie wiedziała nic mądrzejszego.
 

 

1. Zamek w Mosznej z 99 wieżami i 365 pomieszczeniami.

 

2. Brama Niemodlińska, zaskakująca budowla przy wjeździe do Borów niemodlińskich. 

 


Po pierwszej próbie, podczas której nadłożyłam 40 kilometrów względem szacunkowego dystansu podanego przez Google, by zapewnić sobie asfaltową nawierzchnię pod kołami mojej nienawykłej do wybojów Emondy, podjęłam jeszcze dwie kolejne. Tym razem ruszyłam na południe do Nysy, by potem stamtąd przez niekończące się pagórki powiatów prudnickiego i głubczyckiego dotrzeć na Górny Śląsk. Zawsze asfaltem, czasem mniej uczęszczanymi drogami, nie miałam nawet świadomości, że mijam takie perełki jak Ziębice, Grodków, Mosznę czy Głogówek. Każdy z przejazdów przekraczał 200 kilometrów i nawet długi czerwcowy dzień nie pozwalałby na zwiedzanie. Ale nawet bez krajoznawczego planu, w swej bezdusznej filozofii opartej na „najkrótszej drodze z A do B” wujaszek Google przeprowadzał mnie przez miejsca, w których byłam „zmuszona” wyciągnąć z kieszeni aparat i strzelić parę zdjęć: Niemodlin, Gogolin (do którego poszła Karolinka), Śluza Kąty.

Województwo opolskie pełne jest malutkich perełek powszywanych w relatywnie płaski i nudny krajobraz. Burzliwa historia, w której mieszają się narody i kultury, sprawiła, że tereny te pełne są tajemnic, grodzisk, bunkrów, cmentarzy, opuszczonych folwarków i pałaców, małych wsi, o których, zdaje się, zapomniał świat, a które od stu lat pewnie niewiele się zmieniły – pojawiło się w nich tylko więcej traktorów i samochodów. Okazało się też, że krótka runda po okolicznych lasach potrafi wrzucić człowieka wprost na jeden z największych cmentarzy wojennych, jaki było mi dane zobaczyć i na którym radzieckie gwiazdy były rzadkością, ustępując pola obco brzmiącym nazwiskom ofiar wojny prusko-francuskiej. Jeśli dodać do tego niesamowitą Górę Świętej Anny, której niemiecka nazwa Sankt Annaberg tkwi równorzędnie na znakach drogowych przed miejscowością, województwo opolskie staje się moim ulubionym województwem do całodziennej włóczęgi na rowerze i rower szosowy wcale nie będzie tu oczywistym wyborem.

 

Czasy i rowery się zmieniają…

Rozbuchana gravelowa kultura i wszechobecne gravelowe wyścigi ultra mówią, że skoro da się gravelem przejechać w ciągu jednego dnia 200 kilometrów po górach, to da się to zrobić po relatywnie płaskim województwie opolskim. Dziś w trasę z Wrocławia na Górny Śląsk nie pojechałabym na szosówce, gdyż mam świadomość, że najdorodniejsze czereśnie są przy najmniej uczęszczanych drogach, a w opolskim najlepsze rzeczy są daleko od asfaltów.

 

Idą burze

Weekendom należy się szacunek, albowiem soboty i niedziele są policzone, a ładne soboty i niedziele w szczególności! Jeśli zostawić weekend przypadkowi, zwykle kończy się przed rozgrzebaną szafą, w której po porządkach mieści się mniej niż przed, albo – co gorsza – przed serialem, który po 24 godzinach przed telewizorem okazuje się nie być tego warty. Tu musi być plan poprowadzony po wektorze uzyskanym z prognoz pogody, epickości trasy i sił na zamiary. Prognozy były jednoznaczne: rano słońce, pod wieczór burze. Epicką trasę „ukradliśmy” sprawdzonym znajomym ze Stravy, a sił mieliśmy dość na osiemdziesiąt kilometrów po szutrach. Do całości dołożyłam olbrzymią dawkę optymizmu, który objawił się tym, że nie zabrałam ze sobą ani kilku decymetrów kwadratowych folii, by w razie deszczu zawinąć w nią aparat. Deszcz jest dla pechowców!
 

 

 3. Błękitna była synagoga na obrzeżach Niemodlina. Obecnie w prywatnych rękach. 

 

 

4. Typowy (albo trochę nietypowy) opolski domek. Gdzieś na trasie.

 


Niemodlin (Falkenberg Oberschlesien) i Park Dendrologiczny w Lipnie

Do Niemodlina dostajemy się autostradą A4, następnie drogą krajową 46, która jak strzała przebija rynek miasteczka w kształcie wrzeciona. Miasto jest nieduże i rynek wyraźnie upomina się o miano centralnego najważniejszego punktu, droga w tym miejscu staje się szeroka, przybierając kształt placu, przez który jednak tnie krajówka. Wokół urocze budyneczki zachęcają, by się zatrzymać (stanęliśmy tam kiedyś na pączki, jadąc do Kotliny Kłodzkiej). Początki miasta sięgają X wieku, kiedy to w okolicy znajdowała się osada targowa. Do rynku przylegają tereny zamku, który obecnie ma bardziej pałacowy charakter. Nie udało nam się dostać do środka, zresztą nie mieliśmy specjalnie ochoty rozpoczynać rowerowego dnia od zwiedzania zabytków, chwilę tylko obserwowaliśmy stadko danieli, które spokojnie skubało trawę w pałacowym parku. Przy południowo-zachodnich rubieżach miasteczka (to oznacza jakiś kilometr od wrzecionowatego rynku) stoi przedziwna budowla: meczeto-synagogo-kościół, którego ściany pokrywają malowidła i mozaiki z kamyczków i prowadzi do niego prawdopodobnie jedyny podjazd na całej naszej trasie. Trudno domyślić się przeznaczenia budynku, gdyż reprezentuje on charakter iście lunaparkowy – jakby był „kamieniem węgielnym” jakiegoś przedziwnego parku rozrywki. Za ogrodzeniem krząta się kobieta: Tak, to prywatny budynek. Kiedyś była tu synagoga, a potem kupił to wuj mojego męża. Nikt nie wie, po co, nigdy o tym nie mówi. Taki ma gust i tak postanowił to ozdobić. Nie da się budynku zwiedzić i nic się tu nie dzieje. Po prostu jest – opowiada nam bez szczególnej ekscytacji. To nie jest zachwycająco piękne miejsce, ale na swój sposób jest niesamowite! Zawsze chyba będzie mi się kojarzyć z lunaparkiem, jednak gdy zadać sobie pytanie, skąd się tu wzięło, rozpościera się przed nami cała szarfa historycznych zawirowań, aż po współczesność, w której nikt w okolicy nie potrzebuje już starej synagogi.


Spokojnymi ulicami docieramy w końcu na skraj miasta (to jakieś paręset metrów), mijamy odkryty zadbany basen z betonowymi stopniami startowymi, który zdaje się pamiętać męskie stroje kąpielowe na szelkach i wbijamy na polną drogę, która za chwilę wpada do lasu, gdzie czeka nas pierwsze (a może już kolejne) zaskoczenie – murowana brama, za którą zaprasza ziemna, leśna droga – gravelowy ideał. Prowadzi nas zakosami do Parku Dendrologicznego w Lipnie, który świeci pustkami, ale który w całości przespacerowaliśmy i obfotografowaliśmy – urocze, spokojne miejsce z mnóstwem ciekawych drzew.
 

 

5. Lipno. Podobnych stodół będziemy mijać dziesiątki.  

 

6. Park dendrologiczny w Lipnie i nietypowa kora jednego z prezentowanych okazów. 

 


Cmentarz jeniecki i wojskowy w Łambinowicach

Kolejne kilometry za parkiem dendrologicznym to jedna wielka sielanka. Poruszamy się pożarowymi dogami Puszczy Niemodlińskiej, szuter jest drobny, równy, można rozmawiać, jadąc obok siebie, można właściwie jechać bez trzymania i pić kawę z filiżanki ze spodeczkiem i zagryzać rogalikami z morelową marmoladą. Szkoda, że nie wiedzieliśmy wcześniej, kompletnie się na taką okoliczność nie przygotowaliśmy. Na mapie widać małe jeziorka poukrywane w zagajnikach, na żywo nie zawracamy sobie nimi głowy, bo szkoda hamulców, a droga sama zaprasza do jazdy. We wsi Goszczowice znów lądujemy na asfalcie i zupełnie pustą drogą zmierzamy ku kolejnemu zagajnikowi. Na niebie lampa i wierzyć się nie chce prognozom. Jedziemy wolno, gdy jest okazja do zdjęcia, po prostu zatrzymujemy się i cykamy. Kolejny zagajnik, obserwując nasze tempo, sam postanowił się do nas zbliżyć, bo nie mógł doczekać się naszej reakcji na niespodziankę, jaką nam szykował – olbrzymi, na pierwszy rzut oka wojskowy, cmentarz „w środku niczego”. Nazwiska na nagrobkach trochę zbijają nas z tropu: niemieckie, polskie, rosyjskie, a potem serbskie i francuskie. To zupełnie, w naszym mniemaniu, nie trzyma się kupy. Cmentarz jest gigantyczny, podobne do siebie mogiły ustawione w równych odstępach robią wrażenie maszerującego na defiladzie wojska, są daty 1870, 1871 i późniejsze: pierwsza wojna światowa, druga i daty pomiędzy. Założony w czasie wojny francusko-pruskiej dla jeńców francuskich przetrzymywanych w pobliskim obozie jenieckim, w późniejszych czasach był cmentarzem wojskowym, gdzie chowano żołnierzy służących na pobliskim poligonie, w czasach pierwszej i drugiej wojny światowej z powrotem przekształcony w cmentarz jeniecki przy obozie jenieckim Stalag 344 Lamsdorf (czyli dzisiejsze Łambinowice).


Mijamy Sowin, który nie wyróżnia się niczym szczególnym: niemiecka zabudowa przemieszana z nowym. Łatwo to odróżnić: niemieckie budynki, nawet jeśli odrapane i sypiące się, mają miłe dla oka proporcje, dwuspadowe dachy o kącie 45 stopni i okna w kształcie stojącego prostokąta. Czasem zaświeci nowy tynk, czasem z głębokich oczodołów wnęk okiennych, pogrubionych styropianem, zamruga do przejezdnych nowe okno o przypadkowym kształcie, które uraziłoby projektanta. Dla kontrastu nowe to przegląd rozmaitości asortymentu hurtowni budowlanych, lokalnych stolarzy i architektów: „kloc polski” z tralkami, kloc polski z arkadami, kloc polski z czterospadowym dachem. Sowin dostaje tu niesprawiedliwe baty za cały region, bo może on sam nie jest kurortem, ale nie można odmówić mu schludności, jednak opolskie to właśnie takie klimaty: ładne stare i chaotyczne nowe. Okolica i droga wydają się zamyślone i ospałe, nie mijają nas ryczące samochody, niewiele jest też ludzi, czasem jakieś dzieciaki powiedzą nam „dzień dobry”. Za miejscowością pola soczyście zielonego jęczmienia o teksturze sierści maine coona uspokajają wzrok – fale krajobrazu przeplatanego podobnymi do siebie miejscowościami prowadzą nas w stronę Korfantowa. Na horyzoncie, ciemniejsze od wciąż jasnego nieba, majaczą czeskie Jeseniki.
 

 

7. Imponujący Zamek w Mosznej po raz wtóry. 

 

8. Cmentarz jeniecki z czasów wojny prusko-francuskiej i późniejszych. Łambinowice. 

 


Korfantów. Nauka parzenia kawy

Korfantów drzemie. Jest sobota, miasteczko powinno t...

Artykuł jest dostępny w całości tylko dla zalogowanych użytkowników.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałow pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy