Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

1 października 2021

NR 53 (Wrzesień 2021)

Poczuć atmosferę Enduro World Series

0 162

W 2012 roku powstaje we Francji stowarzyszenie EMBA (Enduro Mountain Bike Association), którego celem jest rozwijanie dyscypliny enduro na całym świecie. Łącząc siedem istniejących już dużych imprez w czterech krajach i po dwóch stronach Oceanu Atlantyckiego, grupa EMBA stworzyła flagową serię Enduro World Series, której pierwsza edycja odbyła się już w 2013 roku. Enduro World Series (EWS) reprezentuje najlepsze połączenie wyścigów i przygody. Jest to zdecydowanie najwyższy poziom ścigania, na najtrudniejszych, najbardziej wymagających fizycznie i technicznie trasach na całym świecie.

 

POLECAMY

Odbywający się do 2020 roku w ośmiu rundach od wysokich Andów po wybrzeże Ligurii, od paprociowych lasów Nowej Zelandii po bujne cedry i gliny Kolumbii Brytyjskiej, EWS reprezentuje kolarstwo górskie w najlepszym i najbardziej zróżnicowanym wydaniu. Liczy się każdy odcinek specjalny. Liczy się każda runda serii. Opanowanie sprzętu, zarządzanie umiejętnościami, tempem i wydolnością to największe wyzwania w wyścigach enduro. Zakwalifikowani zawodnicy walczą o ostateczną nagrodę – tytuł mistrza Enduro World Series.


 


Jak to wygląda w 2021?

Po spokojnym roku 2020 organizatorzy Enduro World Series przygotowali najwięcej ścigania w historii oraz kilka nowości: dziewięć rund, w tym kilka podwójnych oraz tzw. Pro Stage, czyli prolog do kolejnej rundy, podczas której można zgarnąć ekstra punkty do rywalizacji. Na Pro Stage przeznaczono jeden odrębny dzień.
Wszystko jest skumulowane od czerwca do października.
Gdy powstaje artykuł, jesteśmy już po czterech rundach – dwóch podwójnych, które odbyły się we Włoszech – w Val di Fassa oraz La Thuile. Katarzyna Burek, Sławomir Łukasik i Łukasz Szymczuk opowiadają, jak od podszewki wygląda ściganie na najtrudniejszych i najbardziej prestiżowych zawodach w rowerowym enduro.

 

Zawodnicy, rejestracja, wpisowe

Łukasz: Aby móc rywalizować na EWS, trzeba znaleźć się w TOP300 Globalnego Rankingu kategorii elity mężczyzn. Pozostałe kategorie mają odpowiednio inną liczbę miejsc. Punkty te można zdobywać na tzw. Qualifierach oraz wyścigach EWS100, posiadając licencje EWS. Do rankingu liczą się trzy najlepsze wyścigi kwalifikacyjne (czyli Qualifiery), a punkty przyznawane są na podstawie miejsca OPEN oraz rangi wyścigu, a są dwie: Gold i zwykły. Na zwykłym wyścigu zwycięzca z automatu dostaje wejściówkę na EWS, w przypadku Golda wejściówkę dostaje pierwsza trójka. Ranking jest aktualizowany na bieżąco w czasie trwania sezonu.

Tym sposobem sam uzyskałem kwalifikacje na EWS-a w 2019 roku, ale niestety problemy techniczne na jedynym w tamtym sezonie EWS-ie i odpuszczone Qualifiery spowodowały, że wypadłem z TOP300, więc w 2020 roku nie było mnie na liście, co więcej, listę przenieśli na 2021 rok, więc w aktualnym sezonie także nie miałem prawa startu w EWS. I tutaj dochodzimy do kolejnej drogi uzyskania kwalifikacji, a mianowicie EWS100, czyli wyścigu rozgrywanego na dokładnie takiej samej trasie (tylko w teorii, bo po wszystkich przejazdach trasa mocno się zmienia) jak EWS, co umożliwia porównanie wyników z prosami i uzyskanie punktów na podstawie: „który byś był w EWS, minus 25%”.

Moja dobra jazda w Canazei pozwoliła przeskoczyć mi do EWS już na następną rundę w La Thuile. Istnieje jeszcze trzecia, mniej oficjalna forma zakwalifikowania się na puchar świata, czyli tzw. dzika karta, która przyznawana jest zawodnikom z dobrymi wynikami w innych dyscyplinach MTB lub na podstawie wyników z poprzednich lat. Tak dostał się Sławek w 2020 roku.


Na koniec sezonu (w grudniu) ranking zostaje zamrożony i zawodnicy, którzy załapali się do TOP300, w styczniu mogą zapisać się na wszystkie wyścigi serii. Jeśli jesteś w oficjalnym teamie EWS, to miejsce także Ci się należy, co więcej, przy Twoim nazwisku na liście startowej pojawi się jego nazwa, w innym przypadku będziesz traktowany jako „prywaciarz” bez drużyny. Bycie członkiem oficjalnego teamu daje parę innych benefitów, jak np. udział w rozpoczynającym wyścigowy tydzień „shakedownie”, czyli luźnych jazdach wystawionych na obiektywy mediów czy rezerwacja miejsca w teamowym paddocku. Czy masz team, czy nie, wjazd na EWS jest dość kosztowny, bo wpisowe to aż 150 funtów brytyjskich (325 funtów w przypadku podwójnej rundy), a – jak wiadomo – w tym sporcie opłata startowa nigdy nie jest jedynym i najdroższym punktem budżetu.


Podsumowując, aby ścigać się w Enduro World Series, zawodnicy muszą należeć do oficjalnego teamu EWS lub posiadać niezbędne punkty kwalifikacyjne. Niezakwalifikowanym pozostają tylko wyścigi EWS100 (100% trasy EWS) i EWS80 (80% trasy EWS) oraz Qualifiery. Aktualnie pobocznych wydarzeń jest ponad 80 w 35 krajach. W Polsce w tym sezonie mieliśmy jeden wyścig sygnowany logiem EWS i odbył się on w Bielsku-Białej (28 sierpnia 2021 r.). Kalendarz wszystkich Qualifierów dostępny jest na oficjalnej stronie Enduro World Series i można się tam przekonać, że jest ich sporo, także u naszych południowych sąsiadów.

 

Wyścigi EWS80 & EWS100

Główne zawody Enduro World Series są obecnie dostępne tylko poprzez prekwalifikacje. To oznacza, że tylko osoby, które uzbierały odpowiednią liczbę punktów w zawodach kwalifikacyjnych, kontynentalnych lub głównych, mogą wziąć udział w głównej serii.
Wyścig EWS100 to pełen dystans i te same odcinki co główny wyścig, ale nie trzeba być prekwalifikowanym, by wziąć w nim udział. Wystarczy tylko licencja narodowej federacji oraz licencja EWS. Format jest nieco luźniejszy i godziny startów na odcinkach specjalnych są tylko sugerowane, aby uniknąć zatorów na bramkach startowych.
Z kolei wyścig EWS80 był wcześniej znany jako Challenger. Oferuje 80% trasy głównego wyścigu i ten sam format rywalizacji co EWS100. Obydwie imprezy odbywają się w trakcie weekendu głównej serii EWS i pomyślane zostały tak, aby wszyscy wyciągnęli maksimum z rywalizacji.

 

Trophy of Nation, czyli tzw. Puchar Narodów

Głównym zamysłem wyścigów typu enduro jest samowystarczalność zawodnika w trakcie trwania zawodów, więc jest to bardzo indywidualna forma ścigania. Jednak w 2019 roku EWS wprowadził do kalendarza ciekawą odmianę drużynowej rywalizacji, a mianowicie Trophy of Nations (Puchar Narodów), który od razu zyskał rangę Drużynowych Mistrzostw Świata Enduro UCI, co oznacza, że zwycięzcy zdobywają tradycyjną tęczową koszulkę, tak jak w pozostałych odmianach MTB. Trudno sobie wyobrazić drużynowe ściganie w enduro, prawda? (Znienacka i jak się okazuje przedwcześnie, wystawiliśmy nasz team „bikeBoard” w składzie Kuba Ruszkowski, Sebastian Olejnik w 2011 roku – przyp. red.) Łukasz miał okazję reprezentować Polskę razem Mariuszem Jarkiem i Michałem Makowskim w 2019 roku.

Zasady były proste: trzyosobowy team musiał na każdym z OS-ów wystartować w ciągu 90 sekund, oraz wszyscy musieli ukończyć wyścig, tak więc można było jechać razem jeden za drugim lub robić między sobą odstępy. Wszystko zależało od taktyki drużyny. W większości przypadków jazda wyglądała jak #PartyLaps w bikeparku. Zdziwilibyście się, jak dużo daje jazda na kole szybszego od siebie zawodnika i jak wiele zmienia współpraca teamu na OS-ie. 

 

Nie chodzi tu jednak o chowanie się w tunelu aerodynamicznym, a bardziej o pilotowanie siebie nawzajem. Oczywiście wynik to suma czasów wszystkich zawodników w drużynie. Według większości startujących zawodników Enduro w tej odmianie wypada świetnie i frajda ze ścigania się jest jeszcze większa. Zasady dostania się do reprezentacji danego narodu są proste: trzeba być w TOP3 swojego kraju w globalnym rankingu, do którego punkty zbiera się na EWS-ach lub wcześniej wspomnianych Qualifierach.
 

 

 

 


Jak wygląda trasa i wyścig EWS?

Wyścig to seria odcinków specjalnych, a zwycięzcą zostaje ten, kto zdobędzie najszybszy łączny czas na wszystkich odcinkach.

Kasia: Enduro World Series to Puchar Świata. Tu wszystko jest dokładnie określone przepisami. Wszystkie zasady znajdują się w tzw. Rulebook, czyli obowiązkowej lekturze każdego menedżera i zawodnika. I tak, zaczynając od tras, podczas jednodniowego wyścigu, minimalna liczba OS-ów (odcinków specjalnych), jaka może wystąpić – to 4, maksymalna – 6. W wyścigu dwudniowym maksymalna liczba odcinków specjalnych to 8. W przepisach znajdziesz także informacje, które regulują czas rywalizacji i liczbę metrów do pokonania w pionie, tzw. przewyższenie. OS-y, które zawodnicy pokonują, są odcinkami zjazdowymi (chociaż krótkie podjazdy czy proste do pedałowania też się zdarzają na takim odcinku pomiarowym), bardzo technicznymi, w naturalnym terenie, z dużą liczbą ciasnych zakrętów, korzeni i kamieni.

Jeden OS to kilka minut (od 3 do nawet ponad 10) wysoce intensywnego wysiłku. Nie ma minimalnego ani maksymalnego czasu trwania odcinka specjalnego. Wszystkie odcinki specjalne muszą być w pełni oznaczone przed oficjalnym treningiem i muszą być zamknięte dla użytku publicznego podczas trwania treningów i wyścigów. Trasy ograniczone są z dwóch stron taśmami, za które oczywiście nie można wyjeżdżać. Jeżeli na trasie znajduje się drop lub inna przeszkoda, to często projekt trasy zakłada również możliwość ominięcia tej trudności (na czym zazwyczaj traci się czas). Start i meta są wyraźnie oznaczone, jak również dojazdówki do startu poszczególnych OS-ów, co jest bardzo pomocne, bo łatwo się zgubić! Mapę ze wszystkimi odcinkami i ich profilami wysokościowymi otrzymujemy zazwyczaj kilka dni przed oficjalnymi treningami. Godziny startów poznajemy zazwyczaj na wieczór przed startem.


 

 

 

 


Podczas zawodów na start odcinka pomiarowego zawodnik ma za zadanie dostać się w wyznaczonym czasie o własnych siłach, podjeżdżając wyznaczoną trasą. Jeśli jest to dozwolone, zawodnicy korzystają także z wyciągów. Rzadko zdarza się, by całe zawody odbyły się bez wykorzystania wyciągów. Start z bramki ma być wykonany punktualnie, co do sekundy, według przyznanego czasu startu, czego pilnują sędziowie UCI. Spóźnienie ma swoje konsekwencje w postaci karnych minut doliczanych do łącznego czasu zawodów. O wyniku decyduje łączna suma czasów z OS-ów. Dojazdy na odcinki specjalne nie są wliczane w sumaryczny czas, ale trzeba się pilnować i przybyć o czasie, by nie dostać kary!

 

Ciekawie też wygląda kwestia treningów. Przed oficjalnymi treningami trasy są zamykane dla ruchu rowerowego. Wtedy odbywa się tzw. track walk, który nie jest obowiązkowy, ale potrzebny. To pierwsza szansa na zapoznanie się z panującymi warunkami na trasie. Podczas treningów na rowerze odcinki są otwarte w wyznaczonych godzinach, a zawodnik może przejechać daną trasę tylko RAZ! Co prawda może zatrzymywać się na OS-ie, podchodzić trudniejsze elementy i je powtarzać, ale po zakończeniu przejazdu nie może dojechać na jej szczyt kolejny raz. I to jest znacząca różnica między zawodami w ramach EWS a każdymi innymi. Niewiarygodnie trudno jest opanować to, co dzieje się na trasach, przejeżdżając je tylko raz. Regularnie startujący w EWS mogą mieć odrobinę łatwiej, ponieważ odcinki nierzadko powtarzają się w kolejnych latach.


Podczas treningu, jeśli tylko jest to możliwe, organizatorzy umożliwiają korzystanie w maksymalnym wymiarze z wyciągów. Czasami też dopuszczony jest transport własnym samochodem. Jeśli masz kierowcę, to sytuacja idealna, jeśli nie, panuje zasada „radź sobie sam”. W zawodowych teamach nie ma z tym problemu. W naszym przypadku na odcinki podwoziła nas Karolina, która pojechała z nami na wyjazd jako fotograf, ale także pomagała w kilku kwestiach organizacyjnych (gotowanie, relacjonowanie, podwożenie). Razem jakoś się wszyscy dopełniliśmy.
 

 

 


Sprzęt i przygotowanie na EWS

Sławek: Żeby myśleć o EWS, przede wszystkim trzeba mieć rower enduro i podstawowy ekwipunek. Ja zawsze jestem przygotowany na każdy scenariusz. Biorę ze sobą zapasowe komplety kół, wszystkie części, jakie mogę zepsuć, dodatkowo stos opon na każde warunki. To daje mi ogromny komfort. Wiem, że jak coś pójdzie nie tak, to nie będę musiał kombinować na miejscu. Jak widać, można wszystko ogarnąć samemu, ale jest to dwa albo nawet trzy razy bardziej męczące i absorbujące.


Rower na zawody zawsze mam przygotowany perfekcyjnie, tak żebym jak najmniej musiał pracować przy nim na miejscu. Serwis zawieszenia, hamulców, wymiana łożysk – to u mnie musi być zawsze zrobione przed wyjazdem! Mam superwsparcie ze strony Maxxis Polska i na wyścig zawsze zakładam nowe opony. Czuję, że świeża guma lepiej się układa podczas jazdy i ostre klocki świetnie wgryzają się w ziemię. Na zawody takiej rangi warto przyjechać kilka dni wcześniej, nie tylko dla lepszej aklimatyzacji, ale też po to, by odpocząć po często bardzo długiej trasie oraz żeby mieć czas na przejście trasy na nogach. Podczas oficjalnych treningów na rowerze można przejechać trasę tylko raz, więc żeby ten pierwszy, a zarazem ostatni przejazd nie był totalnie „w ciemno”, warto poświęcić czas na pieszą inspekcję.


Zawodnicy w teamach fabrycznych unikają niedogodności związanych z logistyką. Noclegi, przejazdy czy przeloty są zawsze załatwione, rower idealnie przygotowany do wyścigu. Zapewne nie muszą się martwić również o kwestie finansowe. Myślę, że mają dużo łatwiej, ale przynależność do teamu niesie za sobą też pewne minusy. Jest się w pewnym sensie „skazanym” na decyzje innych osób, nie ma się takiej niezależności.


My, czyli „prywaciarze”, jak nazwał nas Łukasz, możemy w najlepszym przypadku liczyć na współpracę barterową z firmami, które nas sponsorują. Wszystkie pozostałe koszty pokrywamy sami i sami też organizujemy swoje wyjazdy, ale wydaje mi się, że sponsorzy coraz chętniej patrzą na enduro i że kolarstwo wcale nie jest takim niszowym sportem. Wystarczy spojrzeć chociażby na liczbę sprzedawanych rowerów czy na liczbę osób w popularnych miejscówkach, np. Bielsku. To daje nadzieję, że z biegiem czasu o sponsorów będzie coraz łatwiej.
 

 

 

 


Runda 1,2 Val di Fassa, Canazei

Zawody Met Helmets EWS Val Di Fassa Trentino to jedne z najpiękniejszych tras na ziemi, na których zawodnicy pokonują OS-y poprowadzone przez powstałe z pradawnych koralowców Dolomity. Nasza podróż rozpoczyna się w niedzielę. Ekipa w składzie: ja (Karolina), Kasia, Sławek i Łukasz spotykamy się w Wieliczce, skąd po zapakowaniu gratów do samochodu Sławka wyjeżdżamy późnym popołudniem. Jest ciasno – pięć rowerów enduro plus kolejny zjazdowy rower Sławka, do tego oczywiście sporo zapasowych części, jedzenie, rzeczy codziennego użytku i sprzęt fotograficzny, ale udaje się z uśmiechem. Jedziemy całą noc, aby w końcu o ósmej rano wypić espresso i zjeść croissanta w jednej z nastrojowych włoskich knajpek.

 

Meldujemy się 20 minut drogi od Canazei, wykonujemy odprawę covidową, zawodnicy odbywają rejestrację, podczas której odbierają swoje numerki i pakiety startowe i od razu ruszamy na track walk. Oficjalne teamy są na miejscu pewnie już od kilku dni. Nam może też by się udało, ale w związku z zawodami Joy Ride w Kluszkowcach i oczywiście w związku z dążeniem do ograniczania kosztów uznajemy, że niedziela będzie wystarczająca. Czasu wystarcza nam tylko na zrobienie rekonesansu jednej trasy, na którą wjeżdżamy wyciągiem. Dwie godziny schodzenia w dół po całkowicie świeżej trasie wprawia nas w euforyczne nastroje. Cud miód! Ciekawe, jak to będzie wyglądać, kiedy przejedzie po tym trzystu zawodników? – mówi Sławek.

Trasa w ostatni dzień zawodów wygląda już całkowicie inaczej, a swoje dokłada deszcz. Zmęczeni, po całej nocy w podróży z Polski i track walku wracamy do siebie, po drodze zahaczamy miasteczko zawodów, w którym ze swoimi namiotami rozłożone są wszystkie oficjalne teamy i sponsorzy, jest to także miejsce, w którym startują i kończą się zawody. I dopiero w tym momencie zaczynamy całą misję. Na takim wyjeździe naprawdę trzeba być dobrze zorganizowanym, zwłaszcza że mieszkamy 10 km od miasteczka, więc wyruszając rano, trzeba wziąć wszystkie niezbędne rzeczy, bo wracamy zazwyczaj wieczorem. Późne chodzenie spać i poranne pobudki to standard, szybkie śniadania i przygotowywanie posiłków na cały dzień, pakowanie całego sprzętu do samochodu i wyjazd w pełnym skupieniu graniczyło z cudem. Cztery osoby i jeden samochód nam tego nie ułatwiały, dlatego nasze dni były długie, ale po jakimś czasie udało się nam wszystkim zgrać i gdy Sławek ustalał godzinę wyjazdu, to zazwyczaj się udawało… no, może z delikatną obsuwą.


Wtorek to dzień oficjalnych treningów EWS, w których bierze udział Kasia i Sławek. Łukasz startuje w EWS100, więc jego treningi odbywają się w czwartek. Zatem razem z Łukaszem, w większości na nogach, podążamy za zawodnikami, ja fotografuję, Łukasz zapoznaje się z trasami. Aby oficjalnie fotografować na EWS, trzeba otrzymać akredytację, o którą wcześniej, zazwyczaj mailowo, trzeba się ubiegać. W związku z obostrzeniami covidowymi, ale też z ograniczeniem liczby mediów, akredytacji w Canazei nie dostaję. Akredytacja upoważniałaby mnie do korzystania na rowerze i pieszo z tras, po których jeżdżą zawodnicy. Dzięki niej mogłabym poruszać się w wyznaczonych strefach (np. przy podium), otrzymałabym także karnet na cały czas trwania zawodów, co bardzo ułatwiłoby przemieszczanie się i współpracę z zawodnikami, ponieważ np. podczas treningów mogłabym być razem z nimi.


Środa to dzień zawodów pierwszej rudny EWS. Startuje Kasia i Sławek. Każdy ma wyznaczoną godzinę startu, który ma miejsce w miasteczku. Oczywiście nie można się spóźnić. Na zawodników czekają cztery odcinki specjalne rozmieszczone w różnych częściach Val Di Fassa. Wszystkie dostępne z wyciągów, ale do niektórych prowadzą strome podjazdy, a czasem nawet i wypychy. Jako fotograf dostaję od Kasi i Sławka dokładną rozpiskę z czasami startów poszczególnych OS-ów. I teraz zaczyna się wyzwanie. Oczywiście trudno być na każdym odcinku i sfotografować każdego zawodnika, dlatego muszę wcześniej przemyśleć cały plan, aby jak najwięcej uwiecznić. Biorę rower, fotografuję Kasię na starcie, razem z nią zmierzam w stronę OS1 i podchodzę od dołu na jego końcówkę. Jak tylko przejedzie, szybko zbiegam, biorę rower i podążam na OS2, pcham rower w górę i szukam przystępnej miejscówki. Udało się zdążyć. Kasia jedzie dalej w kierunku OS3, a ja znów lecę do miasteczka, by uwiecznić Sławka na starcie i znów na OS1 i OS2. Wsiadamy do samochodu i podjeżdżamy serpentynami na kolejny odcinek. Udało się.

 

Czasem, gdy dojeżdżam na miejsce, mam dosłownie kilka minut, żeby znaleźć odpowiedni punkt i ich uwiecznić, wszystko dzieje się tak szybko, że zapominam, że trzeba się napić i zjeść. Ostatni odcinek – OS4 jest najdłuższy, najpiękniejszy, najbardziej zróżnicowany – najbardziej fotogeniczny. Żeby się na niego dostać, biorę rower i udaję się na kolejkę, która startuje z miasteczka. Za 15 minut startuje Kasia, więc przebieram nogami, żeby tylko zdążyć i dostać się na górę. O dziwo, wsiadam do kolejki, która od razu startuje i pojawiam się na OS4 pięć minut przed startem Kasi. Ulga. Teraz szybko lecę w dół wzdłuż OS-u i szukam miejsca dla siebie. Kasia przejeżdża, a ja po kilku godzinach latania tu i tam w końcu mogę chwilę odetchnąć. Za półtorej godziny na tym samym odcinku startuje Sławek. Chwila dla mnie, więc siadam na skałach, rozkoszuję się pięknem otaczających Dolomitów i w końcu mogę poobserwować zawody nie przez obiektyw.

 

Bardzo cieszy mnie fakt, że mogę być na najpiękniejszych trasach na świecie, oglądając rywalizację najlepszych zawodników i ich fotografując. Zjeżdża Sławek, a po nim cała czołówka. Nie mogę się doczekać, by wsiąść na rower i przejechać OS4. Podekscytowana biorę plecak, zakładam kask i kieruję się w stronę miasteczka. „OK, teraz uważaj Karolina” – mówię do siebie – „Patrz przed siebie i jedź spokojnie”. Odcinek jest naprawdę trudny, trzeba się przyzwyczaić do jazdy z plecakiem wypełnionym sprzętem fotograficznym. Jest mi trochę przykro, że nie mogę w pełni cieszyć się zjazdem, ale po chwili się rozkręcam i trochę wolniej niż zazwyczaj zjeżdżam do miasteczka z ogromnym uśmiechem na twarzy. O 17:00 idziemy na pizzę i jedziemy do apartamentu. Każdy marzy o prysznicu i zasłużonym odpoczynku.

 

Ale oczywiście nie może to trwać długo, chwilę się regenerujemy, ja wieczorem siadam do edycji zdjęć, a ekipa do serwisowania swoich rowerów. Kolejny dzień to treningi Łukasza. Kasia i Sławek w tym czasie regenerują siły przed kolejnym dniem rywalizacji. Dziś jest mi o tyle łatwiej, że dostaję karnet od Kasi i cały czas towarzyszę Łukaszowi w treningach, więc zjeżdżamy razem wszystkie OS-y, czasem zatrzymując się na foty. Jazda z plecakiem nie stanowi już większych problemów, czasem o nim zapominam, ale co jakiś czas słyszę z tyłu głowy „hample, hample”! Spotykam znajomych riderów z Czech, którym robię kilka zdjęć, a oni w zamian oferują mi wzięcie plecaka na sam dół i w końcu zjeżdżam OS4 na sto procent. Cudnie! I tak wyglądają moje dni do końca. Cały dzień kombinowania, by uwiecznić jak najwięcej: rano rozstaję się z zawodnikami, przemieszczam się z odcinka na odcinek, po zawodach przyjeżdżam ostatnia, wracamy do apartamentu, chwila przerwy i edycja. Nie mogę narzekać, pogoda dopisuje, a od widoków dookoła aż kręci się w głowie.


Piątek to dzień startów EWS100 i Pro Stage – rano startuje Łukasz, a po południu Sławek i Kasia udają się na Pro Stage. Każdy ma jeden przejazd treningowy, a następnie start. Pro Stage to ten odcinek, który udało nam się przejść pieszo pierwszego dnia po przyjeździe, wtedy świeżutki, po kilku ulewach i setkach riderów, którzy go przejechali, stał się niczym trasa downhillowa. Podczas prologu można zgarnąć ekstra punkty do rywalizacji w drugiej rundzie, a wyniki ekipy kształtują się następująco: Łukasz  EWS100 kończy na 6. miejscu, dzięki czemu zdobywa przepustkę do głównej imprezy na kolejnych zawodach. Kasia uzyskuje 28. pozycję wśród pań. Sławek zalicza świetne zawody i kończy pierwszą rundę na 12. pozycji, co jest najlepszym rezultatem Polaka na EWS.

 

Sławek: Mega się cieszę z wyniku, wszystkie odcinki przejechałem bardzo równo i płynnie. Nie obyło się bez drobnych potknięć, ale biorąc pod uwagę całokształt, to było szybko.

Kasia: Wynik do zaakceptowania, ale zdecydowanie do poprawienia. Jest nad czym pracować. Za dużo błędów, spóźnionego hamowania i przegapiania odpowiedniej linii. Tu właśnie widzę problem, ale walczymy dalej. Jak na razie wszystko sprzyja. Pogoda, trasy i atmosfera. Mamy fajną ekipę i pozostaje tylko się ścigać.

 

 

W sobotę odbywa się kolejny wyścig rundy drugiej dla prosów, zawodnicy znają już dobrze trasy, więc mają okazję poprawić swoje błędy i tak też się dzieje. Kasia kończy na 25. miejscu, a Sławek pewnie znalazłby się w dziesiątce, gdyby nie niepowodzenie na prologu. Ostatecznie zajmuje 28. pozycję.

 

 

Kasia: To była dobra szkoła jazdy. Zawody w Val di Fassa pokazały, jak dużo jeszcze pracy przede mną. I fajnie! Dwudzieste piąte miejsce to dobra motywacja i mam teraz zamiar z niej korzystać. Już myślimy o następnych startach!

Sławek: Jestem z siebie megazadowolony! Co prawda, wczoraj byłem rozczarowany po prologu, zrobiłem bardzo dużo błędów i prawie minuta straty była już nie do odrobienia, ale dziś dałem z siebie wszystko i zajmowałem na odcinkach kolejno 10., 10. i 12. miejsce, co łącznie dało mi 28. pozycję. Jest to dla mnie bardzo dobry wyniki i cieszę się z tego. Mam w planach jeszcze kilka startów w Enduro World Series, więc jeszcze będzie okazja do dobrego ścigania na najwyższym poziomie.

 

Niedziela to chwila odpoczynku dla każdego z nas, ja w końcu pedałuję bez plecaka, a reszta w tym czasie przygotowuje się na kolejny wyjazd. To chyba jedyny dzień, w którym nie ma żadnych obowiązków. W drodze do francuskiego Les Gets zahaczamy Lago di Garda. Chłopcy idą na siłownię, a my z Kasią pedałujemy po pięknym miasteczku, kąpiąc się co chwilę w najczystszym jeziorze Włoch.
 

 


LES GETS – PUCHAR ŚWIATA DH

Do Les Gets przyjeżdżamy tylko dlatego, że Sławek startuje tutaj w trzeciej rundzie tegorocznego Pucharu Świata w downhillu. Dla Kasi i Łukasza jest to chwila odpoczynku i treningów, a dla mnie… mogłoby też tak być, ale jednak ruszam znów z aparatem na trasę. Bez problemu udaje mi się tutaj otrzymać akredytację, więc korzystam z okazji. W międzyczasie obserwujemy rywalizację XC, trochę jeździmy dla siebie, gotujemy i obserwujemy z okna wyłaniający się co chwilę Mont Blanc.

 

Kasia: Pobyt w Les Gets to najlepsi z całego świata w jednym miejscu, na wyciągnięcie ręki. Zobaczyć swoich idoli w akcji to spełnienie marzeń, więc kolejna pozycja z listy „must see” odhaczona. Oczywiście, pobyt tam nie opierał się tylko na obserwacjach. Był to czas swobodnej, luźniejszej jazdy na rowerze po trasach Les Gets. Wszechobecny widok koparek zapowiada ciekawe zmiany. Myślę, że w przyszłości będą mieli do zaoferowania niejedną, atrakcyjną trasę. Było ekstra!

Łukasz: Tydzień we Francji spędziłem głównie śmigając w bikeparku i oglądając Puchar Świata XC oraz DH. Brakowało mi trochę takich zawodów, bo ostatni raz na tak dużej imprezie byłem dobre kilka lat temu. Fajnie było zobaczyć moich idoli z czasów XC.

Sławek: Jestem przyzwyczajony do startów tydzień po tygodniu, więc ta kumulacja nie stanowiła dla mnie żadnego problemu. Jednak przestawienie się z formuły zawodów enduro na DH było dosyć ciężkie. Teraz wiem, że takie połączenie nie było najlepsze. Trudno było mi wrócić do prędkości zawodów zjazdowych. Na rowerze czułem się dość dobrze, przejazdy treningowe szły fajnie, ale niestety w kwalifikacjach pokonał mnie słynny road gap. Nie dostałem się do finałowej 60.
Zastanawiałem się nad całkowitym „przebranżowieniem się” na enduro, ale chyba jeszcze nie do końca jestem na to gotowy. Za bardzo podoba mi się zjazd, żeby z niego całkowicie zrezygnować. Chcę bardziej zaangażować się w zawody enduro, ale przy tym nie odpuszczę startów w zjeździe. Dużo imprez w kalendarzu niestety się pokrywa, dlatego w takich sytuacjach raczej będę chciał wybierać zawody enduro.


Enduro z pewnością jest bardziej angażujące fizycznie, jednak na nich czuje się swobodniej psychicznie, nie są dla mnie tak stresujące jak zawody DH. Czuję większą presję również przez bardzo wysoki poziom na Pucharze Świata DH. Tam trzeba wyciągać 200% normy, liczą się ułamki sekund. Wszystko zależy od jednego przejazdu, każdy najmniejszy błąd może wyeliminować, a w enduro dostajemy kilka szans. Dla mnie to stanowczo luźniejsza formuła.
Koszty związane ze startami w takich zawodach są dość zbliżone. Może z wyjątkiem zapisów, na DH to zazwyczaj ok. 80 euro, a na EWS to już 380 funtów w opcji podwójnej rundy, pojedyncza kosztuje ok. 150 funtów. Reszta kosztów jest w zasadzie podobna. Są oczywiście miejsca droższe, np. Szwajcaria, Włochy oraz tańsze, jak np. Słowenia.


 

 

 


Vittoria EWS La Thuile – runda 3. i 4.

Kończymy tydzień we francuskich Alpach i znów wracamy do Włoch, a dokładnie do La Thuile, by ścigać się z najlepszymi zawodnikami świata enduro. Ponownie na zawodników czeka podwójna runda tym razem u podnóża Mont Blanc. Na miejsce przyjeżdżamy w poniedziałek, tym razem mamy więcej czasu i siły, by pochodzić po trasach. Więc od razu podjeżdżam serpentynami na OS1, żeby podrzucić ekipę na track walk. Robię kilka zdjęć i śmigam po bagietkę, po trzech godzinach ekipa wraca i znów ruszamy na kolejny OS. Udało nam się przejść w sumie trzy odcinki. To sporo, czujemy, że nasze nogi nie są przyzwyczajone do chodzenia. Tym razem cała trójka startuje w EWS, więc przemieszczanie się jest mniej skomplikowane. W trzeciej rundzie Vittoria EWS La Thuile do pokonania są cztery odcinki specjalne o łącznej długości 


30 kilometrów i 2700 metrów przewyższenia. Organizacja wygląda podobnie jak w Canazei, wtorek – rejestracja, środa – treningi, czwartek – wyścig runda 1., piątek – odpoczynek, sobota – Pro Stage, niedziela – runda 2. Tym razem jest łatwiej, bo dostaję akredytację. Bardzo mnie to cieszy, bo wraz z nią otrzymuję karnet, więc często z ekipą wyjeżdżam na górę i towarzyszę im na treningach i częściowo na zawodach. Teraz wygląda to tak, że czasem zjadę z nimi całą trasę, zatrzymując się co jakiś czas i robiąc zdjęcia, kiedy oni analizują swoje linie. A czasem łapię ich tylko na górze i zaraz, jak tylko przejadą, pędzę najszybszą trasą do wyciągu. Oczywiście OS-y kuszą, więc często zamiast szutrówki wybieram trasę zawodów. W końcu oficjalnie mogę po nich jeździć.

 

W La Thuile trasy są trudne, prawie przez cały tydzień padało, więc jest dosyć ślisko i błotniście. Wyjeżdżając wyciągiem na samą górę, by dojechać na start, czasem jedziemy po śniegu! Widoki przepiękne, raz na jakiś czas naszym oczom ukazuje się masywny Mont Blanc. Godziny startów „moich” zawodników są tak rozrzucone, że czasem jestem w górach od 7:00 do 16:00. Normalnie zawody odbywają się w późniejszych godzinach, lecz tym razem prognozy nie wyglądają dobrze i organizatorzy przesuwają zawody na jak najwcześniejszą możliwą porę, co oznacza, że będzie ślisko!
 

 

 

 


Runda 3.

Kasia odpuszcza start w rundzie 3., na treningach, na ostatnim OS-ie zaliczyła upadek i postanawia zregenerować się do kolejnej rundy. Sławek ponownie zaskakuje i kończy rundę 3. na 14. miejscu, a Łukasz na 127.

Kasia: Niefortunny upadek na treningu popsuł nie tylko moje plany co do startów, ale i jakieś więzadła w okolicy kości strzałkowej. Chwila dekoncentracji, stopa zahaczyła o zbocze koleiny i tylko usłyszałam minitrzaski, jakby coś się rwało. Czy będę w stanie kontynuować starty, okaże się w sobotę na treningu. Na razie jestem dobrych myśli.

Sławek: Jestem bardzo zadowolony z 14. miejsca w klasyfikacji generalnej. Wszystkie przejazdy na odcinkach miałem dość równe. Dobrze odnajduję się w tej formule ścigania na EWS i stałe wyniki w Top20 to dla mnie ogromny sukces. W sobotę kolejna runda zawodów i kolejna szansa na wynik.

Czwartek to dzień odpoczynku dla wszystkich, zmiana opon, serwis roweru – standardowo. Jest chwila, by zrobić sobie małą wycieczkę po okolicznych górach i tak oto z Katarzyną eksplorujemy okoliczne górskie szlaki, które okazują się naprawdę fajnymi singlami.

 


 

 


Runda 4.

Kolejna runda rozpoczyna się piątkowym prologiem, w którym udział bierze cała trójka. Odcinek ma trochę ponad dwa kilometry długości i kończy się naprawdę ogromnym rock gardenem, który stanowi miejsce zgromadzenia się większości kibiców i fotografów. W sobotę kolejne 4 OS-y.

Kasia: La Thuile zachwyciło trasami, ale niestety dla mnie okazało się lekko pechowe. Najpierw uraz nogi i brak startu, potem defekt koła na Pro Stage’u (wyrwany wentyl i szprycha), który uniemożliwił mi uzyskanie lepszego oficjalnego wyniku. Niedziela też nie była najlepsza. Wyścig dobitnie ukazał mi moje słabe strony, z czego się cieszę, bo mam mnóstwo pomysłów i motywacji do zmian w treningu i ustawieniu sprzętu.

Łukasz poprawia swój wynik i ostatecznie ląduje na 107. pozycji, a Sławek wykręca swój najlepszy wynik w historii startów w EWS i zajmuje 8. miejsce, ponownie będąc najlepszym „prywaciarzem” w stawce.

 

Sławek: Jadę z wiatrem i czuję, że to dla mnie dobry kierunek. Ósma pozycja po całym wyścigu to jak na razie mój najlepszy wynik. Wszystkie odcinki zrobiłem bardzo równo i choć zdarzały się jakieś błędy, to całość wyszła bardzo szybko i płynnie, z czego się bardzo cieszę. Czuję, że jestem w formie i będę chciał powalczyć na polu enduro w kolejnych rundach Enduro World Series.


 

 


REFLEKSJE

Łukasz: Gdy wyjeżdżaliśmy, planem minimum było zakwalifikowanie się do EWS-a, ale tak naprawdę głównym celem było porównanie swoich czasów z prosami, żeby zobaczyć, jaki progres wykonałem w tym sezonie i co trzeba jeszcze poprawić. W Canazei trasa mega mi siedziała, było sucho, relatywnie wolno i technicznie, a na takich trasach czuję się najlepiej. Wynik w jakimś stopniu to potwierdził, bo czasy były bardzo zbliżone do czołówki EWS-a na niektórych OS-ach, mimo że nie można było ich porównać 1:1 z uwagi na ewolucję trasy i warunków. W EWS100 każdy OS przyjeżdżałem na drugiej pozycji, ale niestety na ostatnim odcinku zerwałem łańcuch, z roweru przesiadłem się hulajnogę… i musiałem tak jechać ostatnie 10 z 12 minut odcinka specjalnego. Mimo to spadłem tylko na 6. pozycję i brakowało mi 12 sekund do pud...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy