Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

10 maja 2019

NR 25 (Październik 2018)

Bike Odyssey

0 191

Grecja to od wielu lat najpopularniejszy kierunek polskich wojaży wakacyjnych. I to nie tylko z uwagi na korzystne ceny. Morze i piękne plaże na wyspach i kontynencie, doskonała kuchnia, ogromna spuścizna historyczna po starożytnych czasach – to wszystko ma decydujące znaczenie. Kilka lat temu też tam się wybrałem. Po dwóch tygodniach w kamperze na Chalkidiki, w masywie potężnego Olimpu i nieco głębiej w interiorze u stóp majestatycznych gór Pindos wiedziałem, że to nie wystarczy – że muszę wrócić. I to nie na plażę, ale w góry, z dala od tłumów. I oczywiście na rower. Etapówka byłaby idealna.

Kilkaset kilometrów w siodle. No i co? Bike Odyssey okazał się strzałem w dziesiątkę.

 

Polecieliśmy z Przemkiem do Aten. Zaledwie dzień przed, mając tylko jedno popołudnie na wyskoczenie na Akropol. Rano zapewniony przez orgów transfer na start do Smixi, 450 km na północny wschód, prawie pod Albanię, autokarem z wielką przyczepą z dwoma poziomami uchwytów do transportu rowerów. Międzynarodowe pozytywnie zakręcone towarzystwo, żadnych prosów z muchami w nosie, wszyscy żądni przygód. Atmosfera super. Po ośmiu godzinach rowerowych konwersacji, przeplatanych drzemkami, dotarliśmy na miejsce, ostatnie kilometry z duszą na ramieniu w autokarze wspinającym się wąskimi górskimi drogami na 1200 metrów n.p.m. Nie wszędzie był asfalt…

 

Najwyższe góry greckiego interioru, masyw Pindos wysokością odpowiadają naszym Tatrom. To głównie tam mieliśmy się ścigać. Wyjątkowo kapryśna w tym roku pogoda wymusiła na organizatorach konieczność korekty planowanej trasy wyścigu. Pierwsze trzy etapy zostały zmodyfikowane z uwagi na trudne warunki pogodowe – wyjątkowo dużo padało i było chłodno. Choć dla nas temperatura około 20 stopni Celsjusza do jazdy MTB była idealna.

Największe zagrożenie to burze z ulewnymi deszczami. Start trzeciego etapu został z tego powodu opóźniony, a jego trasa zmieniona z powodu zagrożenia piorunami i nieprzejezdności jednej z wysokogórskich dróg, którą mieliśmy podjeżdżać na ponad 2000 metrów n.p.m. Alternatywna trasa stokówkami okazała się wyjątkowo błotna, a jazda w takich warunkach dla wielu lokalsów to nie lada wyzwanie. Dla nas, jeżdżących w błocie na co drugich zawodach, trzeci etap okazał się przełomowy. Pojechaliśmy mocno, pierwszy raz byliśmy pierwsi na mecie z przewagą ośmiu minut nad liderami. Od tego momentu zaczęło się dla nas mocne ściganie.

Co prawda po pierwszych dwóch pechowych etapach (problemy techniczne) mieliśmy około pół godziny straty do liderów, ale po wygranym trzecim postanowiliśmy, że jedziemy na maksa, odpuszczając sobie filmiki i selfie. Uwierzyliśmy, że możemy powalczyć o zwycięstwo w całych zawodach. Kiedy na czwartym etapie po sześciogodzinnej walce na najtrudniejszym 112-kilometrowym etapie (3 km w pionie!) znowu dołożyliśmy im osiem minut, Gregor i Constantin zobaczyli w nas rywali do zwycięstwa i zaczęli pilnować. Do końca zawodów, przez kolejne cztery dni, walczyliśmy o każdą sekundę, jadąc na maksimum naszych możliwości, niejednokrotnie urywając się z koła towarzyszącym nam jak cienie i pilnującym rywalom. Szczególnie dużo sił kosztowało nas zwycięstwo na szóstym etapie – pojechaliśmy bardzo mocno najdłuższy podjazd z ponad kilometrowym przewyższeniem, odrabiając kolejne siedem minut. Pojawiła się realna szansa na zwycięstwo w generalce. Ale te dwie godziny forsowania się kosztowały nas wiele. Następnego dnia Gregor i Constantin zaatakowali, nie utrzymaliśmy ich i straciliśmy prawie trzy minuty. Pozostała nam jedna szansa, krótki ostatni etap i siedem minut do odrobienia.

...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy