Dołącz do czytelników
Brak wyników

Bike.Store w Bikeboardzie

17 września 2021

NR 53 (Wrzesień 2021)

Bike.store shop.service.cafe

0 34

W Bielsku-Białej rowery mają szczególny status i dlatego scena rowerowa jest tu bogata jak Wielka Rafa Koralowa sto lat temu. Jednym z nowych istotnych punktów na rowerowej mapie tego miasta jest bike.store. Choć nazwa jednoznacznie określa, że jest to sklep, to motto i praktyka pokazują całkiem inny obraz.

Czy to jest rowerowa kawiarnia? Pytam od wejścia witany solidnym uściskiem dłoni przez Tomka Jakubowskiego. Roztacza się zapach świeżo zmielonej i parzonej kawy, a syk spieniacza wypełnia wnętrze. Szeroko uśmiechnięty Jakubowski mówi, że COVID-19 nie pozwolił rozwinąć pomysłu, który legł u podstaw założenia przedsięwzięcia. Brakowało nam miejsca, w którym moglibyśmy się spotkać ze znajomymi przed i po rowerze. A jak wiadomo, gdzie rowery, tam kawa! Kiedy organizowane są ustawki spod sklepu, przed wyjazdem fajnie jest wypić espresso. Wielki ekspres Astoria dominuje za ladą, która wraz z menu kaw sprawia wrażenie dobrze wykoncypowanej kawiarni niż sklepu rowerowego. Zazwyczaj kawę przygotowuje moja żona Kinga – mówi Tomek Pierwocha, drugi z założycieli. Teraz oczekujemy na nasze drugie dziecko i Kinga jest w domu. Ale mamy wsparcie od przyjaciół. Rzeczywiście kawa jest wyborna i koniecznie muszę sprawdzić, z jaką wirtuozerią podchodzi do parzenia żona Tomka Pierwochy. Każdy detal jest tu dopieszczony i zadbany dlatego pytam właścicieli czy mają jeszcze czas jeździć. Wiesz, jak to jest, wydzieramy czas na rower.
 

POLECAMY

 1. Dobrze wyposażony warsztat i uśmiechnięci, kompetentni, mechanicy to podstawa.

 

 2. Żeby kawa pasowała do rowerów, musi mieć porównywalną jakość, dlatego w bike.storze stoi profesjonalny ekspres. Kawę serwują tu z najwyższej półki, a rowery są jeszcze lepsze. 


Jak wstaję rano i gdy jadę na trening sprawdzam Stravę, to widzę, że mój wspólnik już jedzie. Jeździ z wariatami, zbiórkę mają o szóstej! Ja wywalczyłem, żeby otwierać sklep o jedenastej, bo zdążę zrobić trening przed pracą bez zrywania się o świcie. Kinga przywozi mi ubrania, mamy tu prysznic, więc potem mogę śmiało pracować do dziewiętnastej – mówi Pierwocha. Jakubowski usprawiedliwia się: Ja mam jeszcze jedną odnogę działalności, jestem farmaceutą i o ósmej muszę otworzyć apteki, to dlatego jeździmy z kumplami o tak szalonych godzinach, zimą jest rzeczywiście ciężko, ale po coś się to robi. Razem z Tomkiem (Pierwochą) startowaliśmy w duecie na Costa Blanca. Fajnie nam tam szło, pierwszy etap wygraliśmy, drugi etap to była czasówka i pogubiliśmy się, tracąc 40 sekund. Straty zaczęliśmy odrabiać na trzecim i czwartym etapie, aż tu na finałowych 10 km przed metą pękła mi zębatka suportu i nic nie dało się zrobić. Ale wspomnienia pozostały wspaniałe. Chłopaki śmieją się od ucha do ucha. Tomek Pierwocha to znany w światku rowerowym kolarz, maratończyk i wieloletni menedżer legendarnej grupy prowadzonej przez śp. Marka Galińskiego. Opowiada: Kiedy rozglądałem się za pierwszą pracą Marek zaproponował, żebym zajął się obsługą jego drużyny JBG2 Professional MTB Team. Długo się nie zastanawiałem. Zaczęliśmy w 2009 r. i do 2016 r. robiłem w niej wszystko. Od podstawowych spraw związanych z organizacją wszystkich wyjazdów, przez obsługę sponsorów, po ogarnianie mediów. Mechanicy się przewijali, bo tryb pracy w takiej grupie jest szalony. Potrzebna jest pełna dyspozycyjność, więc niektórzy nie wytrzymywali takiego tempa i bywało że zostawałem jako jedyną pomoc dla zawodników. Czasem samemu trzeba było rano przygotować 60–70 bidonów i każdy miał być dla kogoś innego, miał różną zawartość w zależności od okrążenia na którym trzeba było go podać. Ale to były piękne czasy. Chłopaki mocno stawiali na XC, bo Piotrek Brzózka przygotowywał się do igrzysk olimpijskich i ciułaliśmy punkty. No ale przecież z tego, co pamiętam, to dobrze radziłeś sobie w spocie mastersów – zagaduję. Udawało mi się łączyć moją pracę w JBG przy startach chłopaków z drużyny z moimi wyścigami. One zazwyczaj odbywały się w nieco innych terminach. Przez pierwsze lata miałem trochę zwycięstw. Ale tak naprawdę to w 2009 roku, który był moim pierwszym rokiem w kat. masters 30, wygrywałem większość wyścigów. Nabrałem apetytu na tytuł Mistrza Polski XCO. I w Kielcach na sam koniec wyścigu miałem pół okrążenia przewagi, wystarczyło się tylko doturlać, ale wpadł mi patyk w szprychy i zmieliłem przerzutkę. Więc tej koszuli nigdy nie zdobyłem, ale cenię sobie mój występ na Mistrzostwach Świata w Pra Loup we Francji, gdzie mimo wielu trudności związanych z pracą, zająłem szóste miejsce. Tomek, ale wytłumacz, proszę, że to jest poważne osiągnięcie, proszę mojego rozmówcę. A Pierwocha z ociąganiem opowiada: W mastersach nie jest łatwo, często mówi się o tej kategorii, że to grupa śmierci. Wielu zawodników to byli zawodowcy, a w wieku czterdzieści plus wciąż są w świetnej formie. To widać w Polsce, gdzie zwycięzca w mastersach jedzie na poziomie 10 miejsca kategorii. elita. Jakubowski pytany o swoją przygodę ze sportem peroruje: Zacząłem w 2002 r., jak wchodziły maratony, ale wcześniej na Dębowcu startowałem w dual slalomie, jakichś czasówkach na Szyndzielnię. Ale bardzo podobały mi się wtedy dyscypliny grawitacyjne. Miałem takiego Scotta Octana DH, ależ to była zjazdówka, cały Puchar Żywca przejeździłem. Rozmarzył się Jakubowski. Ale kiedyś na Skrzycznem miałem poważną kraksę i uderzyłem barkiem w korzeń. Stwierdziłem, że wracam do maratonów. Nie chciałem ryzykować. Rodzinę założyłem, firmę rozkręcałem. Aptekę – zagajam. W tej branży trzeba bardziej uważać na siebie niż w rowerówce –  śmieje się Jakubowski. – To dlatego macie tu taki porządek? – Pytam, a obaj wspólnicy rechoczą już na całego. Tomek tu dba o porządek – tłumaczy Tomek Jakubowski.
 

3. i 4. W laboratorium Power of Science, które mieści się na piętrze bike.storu, robi się nie tylko fitting. Badania, na podstawie których Michał Brauliński rozpisuje treningi, mogą obejmować nawet jednostki realizowane na wysokości. Mają tu salę treningową, w której specjalna maszyna obniża zawartość tlenu. „To jest tak, jakby bez wyjeżdżania z Bielska trenować na wysokości paru tysięcy metrów” – mówi Tomek Jakubowski. 


Dociekam, co ich skłoniło do realizacji marzeń o klubokawiarni, w której rowery są na pierwszym miejscu. Poważniejąc, Tomek Pierwocha opowiada: Od małego jestem związany ze sportem, najpierw biegałem na orientację w lokalnym klubie, potem zapaliłem się do kolarstwa, skończyło się na prawie zawodowym zespole RMF FM, w tamtych czasach niebiesko-żółty zespół wyznaczał poziom, do którego wszyscy aspirowali. Potem pracowałem dla JBG, ale kiedy zdecydowaliśmy się na dziecko, trzeba było zacząć żyć bardziej stacjonarnie. I w zasadzie Kinga namówiła mnie na otwarcie sklepu. Kurczę, jakie to były przeboje – mówi Pierwocha W 2015 roku udało nam się wynająć lokal na miejscowym osiedlu. Miał 100 m2 i to było łącznie z zapleczem, serwisem, socjalem i magazynem, słowem dziupla. Zaczęliśmy się rozglądać za czymś większym. Potem obaj z zapałem tłumaczą mi, jak wiele ich to nauczyło. O poszukiwaniu większej przestrzeni, o tym, że sam sklep to nie wszystko, że trzeba stworzyć dookoła niego atmosferę i środowisko. Żeby przyciągnąć przyjaciół i ciągle poznawać nowe osoby i zachęcać je do odwiedzin i życia rowerami nie wystarczy fajny lokal, a nawet ekspres do kawy, chłopaki z dumą opowiadają o tym, jak zarażają swoje rodziny uczestnictwem w kolarstwie, o wspólnych wyjazdach na wyścigi i imprezy rowerowe. Oni tym żyją i przyciągają innych swoją pasją. Gdybym nie był rowerzystą, pod ich wpływem pewnie bym zaczął, a może i wyjechał stąd nowym rowerem. Dalej pracuję jako...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy