Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

29 czerwca 2019

Certyfikacja UCI - hit, czy kit?

0 160

 

Wydaje się, że UCI broniąc tradycyjnej formy roweru robi nam, konsumentom dobrze. W końcu w ilu innych sportach wykorzystujących maszyny można kupić w sklepie dokładnie ten sam sprzęt, którego używają herosi podczas swych tytanicznych walk śledzonych przez miliony?

Kierunek rozwoju techniki rowerowej dyktują głównie konstruktorzy, ale ogromny wpływ na to, jak wyglądają rowery ma UCI (Union Cycliste Internationale), pod której parasolem odbywają się wszystkie ważne wyścigi. Ta aktywność wypływa z przeświadczenia, że gdyby nie ograniczenia UCI, zwłaszcza szosowe i torowe konstrukcje zawodnicze byłyby tak odległe od codzienności, jak bolidy Formuły 1 od samochodów ulicznych. Torowcy śmigaliby w pozycji supermana, a na wielkich tourach oglądalibyśmy same rowery poziome w obudowach przypominających krople wody. Rowery ważyłyby znacznie mniej, niż obecne minimum 15 funtów, narażając kolarzy na kontuzje. Wydaje się więc, że UCI broniąc tradycyjnej formy roweru robi nam, konsumentom, dobrze.

W końcu w ilu innych sportach wykorzystujących maszyny można kupić w sklepie dokładnie ten sam sprzęt, którego używają herosi podczas swych tytanicznych walk śledzonych przez miliony?

Czyli to dobrze, że UCI jest konserwatywne? Problem polega na tym, że czasem trudno powiedzieć. Na przykład od lat było wiadomo, że calitilevery w krosówkach nie mogą działać dobrze, ale dopiero od minionego sezonu tarcze były dopuszczone w cyklokrosie zawodniczym. Po historycznych już, burzliwych czasach Latającego Szkota i rożków w etapowych szosówkach, w 2009 roku, wybuchła afera, kiedy tuż przed startem do jazdy na czas podczas Volta ao Algarve Alberto Contador dowiedział się, że jego Specialized Shiv nie spełnia reguł, mimo że ten sam rower był OK. podczas wcześniejszych wyścigów pod patronatem UCI, nawet Tour de France. W 2010 roku wielu producentów miało problemy z wymaganą przez UCI proporcją długości do szerokości elementów ram aerodynamicznych. W wyniku tych chaotycznych obostrzeń branża rowerowa zarzuciła UCI niekonsekwencje i narażanie producentów i sponsorów na straty finansowe. Odpowiedzią UCI, upublicznioną w połowie grudnia było, znowu ku zaskoczeniu części producentów, wprowadzenie certyfikacji ram i widelców szosowych, torowych i cyklokrosowych na etapie projektowania. Nie wprowadzono żadnych nowych zasad, ale teraz każdy rower z datą produkcji 2011 i późniejszą, który pojawi się na linii startu licencjonowanego przez UCI, będzie musiał mieć nalepkę z certyfikatem. Żeby ją zdobyć, producenci muszą przesłać rysunki techniczne wszystkich (zakładane do 8) rozmiarów ramy, a następnie prototypy (do zwrotu). Naklejka z logo UCI i numerem certyfikatu ma znaleźć się pod lakierem, tam, gdzie pozostałe grafiki producenta, a ramę będzie mógł legalnie przemalować tylko producent. Za tę przyjemność UCI zażyczyło sobie trochę ponad 36 tys. złotych od modelu w przypadku konstrukcji monolitycznych - obecnie najczęściej carbonowych, i nieco ponad 2 tys. zł od rurowych, takich z mufami. Pod falą krytyki z branży opóźniono wprowadzenie zasad o miesiąc i wprowadzono większe zróżnicowanie procedur. Cena certyfikacji spadła do 15 tys. zł od modelu za szosówkę lub czasówkę i 1,5 tys. za konstrukcję mufową i dodatkowo 9 tys. za modele do imprez masowych i cyklokrosowych. Za te pieniądze UCI wspólnie z pobliską politechniką w Lozannie oceni zgodność z 16 parametrami określonymi w znanych już od lat wymaganiach. Na drobne zmiany, np. między rocznikami, producenci będą mogli uzyskać certyfikację za mniejszą cenę.

W światku rowerowym zawrzało. Część środowiska bojkotuje nowe wymagania, część już się dostosowała. Na stronie UCI można już sprawdzić pierwsze przyznane certyfikaty. Cannondale, Scott, Felt, Pinarello i Corima już mogą się chwalić zgodnością z przepisami. Co z tego wynika dla konsumentów?

Jakkolwiek UCI wprowadzeniem certyfikacji i zamieszaniem z cenami (oczywiście pojawiły się oskarżenie o próby wydojenia producentów) nie poprawiło swojego wizerunku, to teraz będzie można być absolutnie pewnym, że rama z naklejką jest dokładnie tym samym sprzętem, jak ten używany np. podczas Touru. W całym procesie wprowadzenia produktu na rynek koszt certyfikacji jest pomijalny dla większych producentów, ale może utrudnić konkurowanie manufakturom. Istnieje też ryzyko, że producenci wykorzystają naklejkę do podniesienia cen. Ponieważ UCI będzie miała w sumie 3 miesiące na podjęcie decyzji o dopuszczeniu, nieco spowolni się proces wprowadzania nowych modeli. Ciekawa sprawa z tym certyfi kowaniem i obroną czystości formy roweru. W zawodniczym sprzęcie MTB panuje dużo większa wolność, niż w szosowym, i mimo to sprzęt zawodniczy ciągle jest dostępny dla zamożnych amatorów, nie dziwaczeje i nie wymaga nadludzkich umiejętności w obsłudze. Może nieskrępowana innowacyjność doprowadziłaby do przełomów na miarę 29” na szosie? No i może można nieco bardziej liczyć na normalne mechanizmy samoregulacji rynku? W końcu, jeśli producenci przesadzą z udziwnianiem konstrukcji, to stracą klientów, a jeśli rowery będą się łamały na wyścigach, to „zła prasa” również ich pogrąży...  

Poniżej natomiast zamieszczamy pełne oficjalne stanowisko UCI. 

Program zatwierdzania ram i widelców Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI) spotyka się z dużym zainteresowaniem branży – pierwsze marki i modele otrzymują oznaczenie UCI. 

15/03/2011 

...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy