Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

8 marca 2019

NR 22 (Lipiec 2018)

Veleta znaczy wiatrowskaz
Rowerem na Pico de Veleta

0 172

2598 metrów przewyższenia, 11 godzin drogi. Podróż na obcą planetę i z powrotem. Już sam rzut oka na południowohiszpańskie góry Sierra Nevada rozbudza wrażenie dziwności. A co dopiero, gdy człowiek znajdzie się w ich wysokich partiach, otoczony przez potęgującą się nicość? 
 

 

 

 

Wodzi wzrokiem po dalekich panoramach, przypomina sobie zapach ziemi, szuka kawałka cienia. Tymczasem znajduje jedynie wiatr szumiący między szprychami. Ale o tym za chwilę. Góry Sierra Nevada leżą w południowej części Hiszpanii, około 80 kilometrów od linii brzegowej Morza Śródziemnego. Na ich terenie rozciąga się Park Narodowy Sierra Nevada, choć próżno szukać w nim rozległych połaci zieleni, które obiecuje soczysta plama na mapie. Są to tereny surowe, suche i skaliste, wystawione na długotrwałe działanie silnego słońca, wiatru albo pokryte śniegiem.

Dla sakwiarza, czy kolarza oznacza to niezbyt przyjazne warunki, na które trzeba być przygotowanym. Veleta to potoczna nazwa drogi prowadzącej do szczytu Pico del Veleta, który wypiętrza się na wysokość 3398 m n.p.m. I jest to najwyżej położona w Europie asfaltowa droga. Wjechać na Veletę to dla sakwiarza lub kolarza tak, jakby zdobyć Mont Blanc. Dostępne wyżej na kontynencie są już tylko chmury. 

 

Przepychanie korby

Budzik zadzwonił o 6:00 rano, a w południowej Hiszpanii było jeszcze zupełnie ciemno. W świetle czołówek zjedliśmy śniadanie, w kempingowym lustrze pojawiły się podkrążone oczy i blade twarze. Zaczęliśmy około 7:30 od wiatru we włosach, czyli zjazdu do doliny rzeki Rio Genil. Tylko po to, żeby zaraz rozpocząć ciężką wspinaczkę po zboczu wzgórza. Złowieszczy znak informował, że nie będzie przyjaźnie – średnie nachylenie 12%, maksymalne 22% na pierwszych pięciu kilometrach. Tym samym z wysokości 940 m n.p.m. rozpoczęliśmy podjazd. Już na starcie zrozumieliśmy, że Veleta nie obchodzi się z nikim delikatnie, nie patyczkuje się, nie folguje. Nie ma stopniowej rozgrzewki. Kilkunastoprocentowe podjazdy morderczo zaplatają się po stoku testując kondycję.

 

Początek

Błyskawicznie, choć z dużym wysiłkiem, zyskuje się wysokość oraz przekonanie, że zdobywanie Velety to coś wyjątkowego. To droga, na którą trzeba być gotowym od samego początku. Zdecydowanym w 101%. To na pewno nie jest miejsce na marudzenie, guzdranie się, zwlekanie, zwątpienie, choć po pierwszym kilometrze patrzyliśmy na siebie ogromnymi, zadziwionymi oczami. W jeszcze większe osłupienie wprawiła nas na kolejnych odcinkach, kiedy nachylenie zmalało do około 8-10%. Tym samym prędkościomierz przyspieszył, manetka kliknęła kilka razy. Poczuliśmy jakby rower frunął, korba była luźna, a nogi stały się lekkie, chociaż to był wciąż pierwszy bieg na przedniej zębatce. Wiedzieliśmy już, że Veleta wpuściła nas do siebie, zdaliśmy test, więc zasłużyliśmy, żeby pojechać dalej. Wtedy rozpoznaliśmy w tym pewien rowerowy entuzjazm, choć patrząc z dystansu może bardziej była to jakaś toksyczna rowerowa euforia. Tak czy inaczej była to kolejna lekcja Velety. Żeby wjechać, trzeba zwolnić. Proporcjonalnie rozłożyć siły. I mimo, że nie trzeba już tak mocno przepychać korby, warto wyprzeć potencjalną myśl o rowerowej brawurze. 

 

 

 

Znikomy ruch na tzw. „starej drodze” pozwalał nam na swobodną jazdę jak najbliżej górskich widoków. 

 

 

 

Powyżej 2000 m n.p.m. Coraz mniej coraz niższych roślin, ostre słońce i chłodny wiatr. 

 

 

Obca planeta

Od czasu, gdy krótko po ósmej wyszło słońce, robiło się coraz cieplej, a z każdym kolejnym kilometrem zbliżaliśmy się do skraju świata roślin. Do około 2000 m n.p.m. spotykaliśmy jeszcze drzewa w Parku Narodowym Sierra Nevada, ale dalej już nic nie dawało cienia. Pomiędzy kamieniami pozostały jeszcze niskie krzewy i żółte, wypalone słońcem trawy. Nie było ani jednej chmury, a otoczenie stopniowo zaczynało razić w oczy. Było jak odkryta tajemnica, odsłonięta prawda. 

 

 

 

 

Szlaban

Po krótkiej przerwie na owsiankę dotarliśmy do zabudowań miejscowości Pradollano (popularny ośrodek sportów zimowych) położonych po prawej, poniżej drogi. Po lewej zaś i na wprost nad drogą górowały zupełnie suche i skaliste grzbiety gór. Jeszcze do wysokości 2550 m n.p.m. droga dość łagodnie zagłębiała się w górski masyw. W tym punkcie znajduje się szlaban, powyżej którego mogą wjeżdżać jedynie rowerzyści i przemieszczać się piesi, a dalej Veleta znów zaplatała się w serpentyny. Z każdą kolejną otoczenie coraz bardziej przypominało obcą planetę. Krajobraz stał się brązowo-czerwony. Marsjański, może księżycowy. Trawa zniknęła całkowicie, były tylko kamienie i fantastyczne panoramy sięgające niebotycznie daleko. Nieprzyjazna sylwetka Pico del Veleta była stąd widoczna i zdawała się być blisko, ale z każdym kolejnym zakrętem człowiek uzmysławiał sobie, że jedynie lawiruje między skałami, bo wyszczerbiona grań przybliżała się nieznacznie lub zgoła wcale. 

 

Wysokość

Karolina stała się jakaś nieswoja. Była wyraźnie spowolniona i szybko traciła rytm oddechu, dlatego przystanęliśmy raz, dr...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy