Dołącz do czytelników
Brak wyników

Temat

3 czerwca 2019

NR 30 (Maj 2019)

Godziek Brothers live

0 205

Podczas gdy spora liczba naszych czytelników aktywnie spędzała sobotę, my byliśmy wyjątkowo zajęci. Mimo fantastycznej pogody i doskonałych warunków nie mogliśmy sobie pozwolić nawet na odrobinę radości na rowerze. A to wszystko dzięki BikeExpo – Narodowy Test Rowerowy, podczas którego nie dość, że mogliśmy z Wami porozmawiać, to mieliśmy kilka zadań specjalnych do wykonania. Jednym z nich zajął się nasz redaktor prowadzący, Miłosz Kędracki, który miał przeprowadzić rozmowę z dwoma najbardziej rozpoznawalnymi polskimi riderami – Dawidem i Szymonem Godźkami.

Miłosz Kędracki: Szymonie, niestety, jesteś dziś sam, twój brat, słyszałem, że jest wciąż gdzieś na trasie i niestety nie będzie mógł dziś tu być z nami. A szkoda, bo byłem przygotowany na spotkanie z dwoma braćmi. Bardzo interesuje mnie niesamowita historia, która wydarzyła się na naszych oczach, mamy bowiem do czynienia z dwoma fantastycznymi riderami, rodzeństwem. Jesteśmy ciekawi, jak doszliście do tego poziomu, który w tej chwili reprezentujecie. Szymonie, kiedy zacząłeś jeździć na rowerze?
SG: Zacząłem jeździć w 2007 roku. Mój brat Dawid, który jest młodszy o trzy lata, jeździł już wtedy od trzech lat. On zaczął, gdy miał 11 lat, ja zacząłem, mając 14–15 lat. Od tamtego czasu zaczęliśmy jeździć praktycznie codziennie razem, w każdą pogodę, nawet gdy padało. Zawsze razem, zawsze na rowerze.

MK: Jeśli wrócimy do wczesnych wspomnień, to kto pierwszy dostał rower od rodziców – ty czy twój brat?
SG: Brat. (śmiech) On był pierwszy. Pamiętam, że to był Leader Fox Dragster.

MK: Pierwsze się pamięta.
SG: Kiedy on miał ten rower, to ja jeździłem na jakimś składaku. Wtedy sypaliśmy jakieś małe hopki i skakaliśmy. Mój składak się łamał, ale ojciec nauczył mnie spawać, więc mogłem go sam naprawiać. (śmiech)

MK: Sam spawałeś?
SG: Tak, sam.

MK: To znaczy, że jesteś multitalent, zatem nie było tak, jak w innych rodzeństwach, że starszy brat przekazuje swój pierwszy rower młodszemu.
SG: Właśnie u nas było trochę na odwrót. On pierwszy zaczął, a ja się później wkręciłem. Ja zawsze chciałem jeździć na motorze i dążyłem do tego. Nie udało się. Nic z tego nie wyszło, ale później wpadł do głowy pomysł, że może na rowerze. Podjąłem decyzję, że jeśli nie zrobię salta w tył w tydzień, to odpuszczam temat.

MK: I zrobiłeś?
SG:
I nie zrobiłem. (śmiech)

MK: Wracając do motorów, wspomniałeś o MX. Jest taka postać w twoim życiu – dziadek Brunon. Czy to był taki archetyp pomysłu na to, żeby jeździć na czymś dwukołowym, robiąc te wszystkie dziwne rzeczy?
SG: Nie, to od początku w nas gdzieś głęboko siedziało, że robiliśmy głupie rzeczy. Pamiętam, jak kiedyś – byliśmy wtedy dużo młodsi – wykopaliśmy minihopeczkę i na tych składakach skakaliśmy w pole, miękkie, świeżo zaorane. Chodziło o to, żeby przelecieć przez kierownicę i się wywrócić. Myślę, że to był też klucz, by nauczyć się wywracać w taki sposób, żeby się nam nic nie działo, zazwyczaj. 

MK: To jest dość fascynująca sprawa. Zastanawiam się, czy mógłbyś wprowadzić w tej chwili tego typu trik do slopestyle’u i innych dziedzin, którymi się zajmujesz, i zastanawiam się, jak to by było punktowane. Wracając do dziadka Brunona, rozumiem, że jest to ta postać, która była w waszym życiu i która stwierdzała: „Dobra, chłopaki szaleją na tych rowerach, to niech szaleją”. Zazwyczaj w domach jest tak, że jak dzieci szaleją na rowerze, a rodzice na to: „Nie, nie jedź tak, bo sobie kolanko stłuczesz”. Jak to było w waszej rodzinie?
SG: Nie, u nas raczej nikt nas nie powstrzymywał. A z dziadkiem Brunonem to było ciekawie, bo pierwszą hopę wykopaliśmy sobie w ogródku, kiedy on wyjechał na wakacje. Hodował tam warzywa.

MK: Nie było pomidorów w tym roku!
SG: Nie było mowy o tym, że tam można sobie coś przekopać. Dopiero po jego wyjeździe wykopaliśmy swoją pierwszą hopę, zaczęliśmy latać. Tak się wszystko zaczęło kręcić. Ale kluczem do sukcesu był zbudowany i wypełniony gąbkami oraz materacami basen, do którego wykonywaliśmy pierwsze triki, do którego można było nawet spaść na głowę i nic się nie działo.

MK: A w którym to było roku? Wygląda, że dość szybko po rozpoczęciu jakiejkolwiek działalności na rowerach.
SG: Tak, to było w 2017 roku, kiedy tą hopę zrobiliśmy, a pod jego koniec urządziliśmy basen z gąbkami.

MK: Czy rodzice nie powstrzymywali was przed takimi zachowaniami?
SG: Nie, nie powstrzymywali nas, raczej nas wspierali. Pamiętam, jak ojciec woził nas na kryty skatepark do Czech, bo była to wtedy najbliższa lokalizacja na jakikolwiek kryty spot. Zdarzało się nam kilka razy zimą tam być – tam właśnie zrobiłem pierwszy raz salto w tył. Wspierali nas, choć mama się trochę bała, kiedy zaczęliśmy robić salta w tył na twardo. Ale dość szybko się przyzwyczaiła.

MK: Obserwując ubiegłoroczny Rampage, widzieliśmy dość duże objawienie – mówię o Adolfie Silvie, który się pojawił na trasie i który robił niesamowite rzeczy. Dowiedziałem się, czym zajmuje się jego mama, jest basejumperką. Czy to kwestia genów, że ktoś przekazuje takie umiejętności psychiczne? Bo do tego się to sprowadza: gimnastykę, myślę, że można „dorobić”, ale trzeba mieć głowę, aby zdecydować się na zrobienie tych trików.
SG: Głowa tutaj jest najważniejsza i Adolf Silva, o którym mówisz, jest właśnie takim wariatem, który nigdy się nie boi, nie widzi żadnych przeszkód albo jak sobie coś wyobrazi, to wie, jak to zrobić, próbuje i mu to wychodzi. Myślę, że trzeba mieć we krwi trochę wariactwa, ale też dużo zależy od treningu.

MK: Jak w takim razie trenujesz? Nie pytam o to, ile razy wychodzisz na swoją konstrukcję z rampą, zjeżdżasz i powtarzasz jeden trik do znudzenia. Wiem, że trening mentalny odgrywa sporą rolę. Twój projekt „Power of Mind”, fascynujący film złożony z kilku epizodów, pokazuje, w jaki sposób trenujesz do tych strasznych zawodów. 
SG: Wyszedł „Power of Mind” sześcioodcinkowy. To był projekt, w którym chcieliśmy pokazać, jak ważna jest głowa i psychika w naszym sporcie. Po jego zakończeniu nie trenowałem już mentalnie.
 

Foto: Garth Milan/Red Bull Content Pool


MK: Wszystkiego się już po prostu nauczyłeś.
SG: Raczej nigdy nie trenowałem mentalnie. Ten projekt miał za zadanie pokazać, jak to wygląda, jak można trenować. Można być wariatem i się rzucać na różne rzeczy, nie mieć żadnych zahamowań, a można się bać i nie móc się przełamać. Ja do tego pierwszego salta w tył, które mi się marzyło, bardzo długo się przełamywałem. Myślę, że minął rok, zanim skoczyłem, a jak już robiłem salto do gąbek, to minęło kolejne sześć miesięcy, zanim odważyłem się spróbować na twardo, na normalnej hopie.

MK: Czyli to nie jest tak, że Szymon Godziek wymyśla sobie trik, wstaje rano, nie je śniadania, bo wie, że jak go zrobi, to dokończy, i ładuje sztuczkę od razu na twardo. Z tego, co mówisz, wynika, że to długi proces, tak?
SG: Tak, to jest proces, to jest dużo treningu. Może teraz jest mi łatwiej się przełamać psychicznie do jakiegoś triku, bo nauczyłem się tego, jak upadać – gdy w locie czuję, że coś idzie nie tak, to rower wykopuję, wyrzucam od siebie i staram się wylądować na nogi. Dużą rolę w takich „glebach” odgrywa też prędkość, którą trzeba mieć wyczuwaną idealnie, ponieważ jadąc na hopę i zbyt szybko wyrzucając rower lub gdy coś idzie nie tak, przelatuję całe lądowanie i nie dość, że lecę dwa razy dalej, to jeszcze wysokość, z której spadam, jest dwa razy większa. Przy dobrej prędkości zazwyczaj się wklejam w lądowanie jak na ślizgawce.

MK: To jest fascynujące – obserwować was, jak skaczecie. Te sytuacje, w których zwykły śmiertelnik zakończyłby swoją egzystencję, a wy wstajecie, poklepujecie się po plecach i w ogóle maksymalna zabawa, wszyscy szczęśliwi. Dobra, spróbujemy następnym razem. Powiedz, proszę, czy to jest związane z jakimiś sztukami walki, które uprawiałeś, jak aikido, które ma pomagać w upadkach.
SG: Takie rzeczy na pewno pomagają. Ja akurat uprawiałem parkour, dużo biegałem i skakałem. Myślę, że to mi pomogło nauczyć się technicznego przyjęcia siły uderzenia nogami w ziemię, przetoczenia się i wyjścia z upadku bez bólu.

MK: Czyli to nie jest tak, że myślisz o sobie: „jestem nieśmiertelny”?
SG: Nie, raczej staram się mieć wszystko pod kontrolą, wszystko zaplanowane, plan B – idzie coś nie tak, robię to tak i tak, wtedy ląduję tak i nic mi się nie dzieje.

MK: Czy to właśnie było powodem twojej prezentacji na ostatnim Rampage? Po tym pierwszym strzale, który był absolutnie szokujący, jeżeli chodzi o odwagę, bo nikt nie próbował tego zrobić w tym miejscu. Z tego, co sobie przypominam, ty też nie byłeś do końca przekonany do tej hopki, tego konkretnego dropa. A to skutkowało tym, że twój drugi przejazd, przepraszam za określenie, był zachowawczy.
SG: Zgadza się, był. Ta hopka była trudna, ciężko było wyczuć prędkość. Ja miałem to przećwiczone, miałem dokładnie ten trik przećwiczony dzień wcześniej, ale wiadomo, że kiedy są zawody, jest przejazd, leci helikopter, na dole patrzą tysiące ludzi, jest livestream, to pomyślałem: „Dobra, trochę szybciej pojadę, bo w razie gdybym nie doleciał, to będzie lipa”. Pojechałem troszeczkę za szybko i po wyjściu z progu już czułem, że za szybko się kręcę, i miałem świadomość, żeby zaczekać chwilę i puścić rower. Puściłem i spadłem tak jakoś.

MK: Widzisz ten moment teraz? Masz go przed oczami?
SG: Tak, pamiętam wszystko doskonale.

MK: Co wtedy myślałeś?
SG: O k…

MK: Chyba nie tylko to, tak sądzę. Myślisz o ucieczce i pozbyciu się roweru. Ty chyba się nie pozbyłeś i uderzyłeś z rowerem.
SG: Nie, puściłem rower. Ja mam tak, że robiąc salto w tył i będąc w ponad połowie akrobacji, puszczam kierownicę. Tak samo było wtedy. Od wyjścia z progu wiedziałem, że za szybko wyszedłem i coś będzie nie tak. Puściłem ręce i ponownie chwyciłem kierownicę, wypuściłem rower – tak jak bym to zrobił na treningu.

MK: Druga rzecz, która mnie absolutnie poruszyła w twoim występie, to twoje przywitanie z żoną i dzieckiem na dole. Dla mnie jako rodzica było to nieprawdopodobne, że tatuś wrócił z pracy, przywitał się z rodziną i wszystko gra. Czyj to był pomysł, żeby oni tam byli?
SG: To może nie było przywitanie, ale w tamtym momencie byłem szczęśliwy, że ta presja już zniknęła, a ja zrobiłem to, co chciałem. Ta „trzysta sześćdziesiątka” z dropa, którą zrobiłem w drugim przejeździe, była jednym z moich większych celów na Rampage. Tak jak mówiłeś wcześniej, pojechałem zachowawczo w drugim przejeździe, bo chciałem dojechać do tego cholernego dropa w całości, żeby spróbować zakręcić tą trójkę. Chciałem spróbować zrobić to, co zaplanowałem.

MK: Ósme miejsce jest efektem odwagi na pierwszym dropie i tej „trzysta sześćdziesiątki”. Tych dwóch wydarzeń – jednego nieudanego i drugiej „trzysta sześćdziesiątki”, zresztą bardzo trudnej.
SG: Tam się liczy jeden przejazd. Moim planem było połączyć wszystko w jeden, ale tę pierwszą hopę odpuściłem w drugim przejeździe. Zrobiłem „trzysta sześćdziesiątkę” i za nią dostałem ósme miejsce. W tej edycji była ona największą wylądowaną. Później było jeszcze salto w przód na samym dole, które także mi dało sporo punktów, bo nikt go nie robił.

MK: Nie wierzę, by sędziowie nie zwrócili uwagi na pierwszy przejazd. Myślę, że to zawsze gdzieś zostaje w głowie. Wiem, że robią notatki, i wydaje mi się, że taka odwaga w świecie sportów rowerowych jest brana pod uwagę. Twoim zdaniem, co jest uwzględniane na takich zawodach?
SG: Myślę, że odjęli mi nawet kilka punktów za to, że odpuściłem tę hope. Jednakże widzieli, że wszyscy zawodnicy w pierwszych przejazdach, którzy tamtędy jechali, mieli z nią problemy. Wielu nie leciało całej, tylko wskakiwali na stół i przejeżdżali dalej. Sędziowie biorą takie rzeczy pod uwagę i myślę, że gdybym nie odpuścił i plan powiódłby się w drugim przejeździe, to też bym dostał dodatkowe punkty, że po takiej glebie zdecydowałem się jeszcze raz coś takiego zrobić. Niestety, tak się nie stało. Mimo wszystko ósme miejsce gwarantuje mi wejście na tegoroczny start Redbull Rampage, co również było jednym z moich celów.

MK: Jesteś gotowy? Jak twoje kolano?
SG: Obecnie jestem pięć miesięcy po operacji, mam nowe więzadło w kolanie i we wrześniu na pewno będę gotowy.

MK: Ile cię to kosztuje? Bo to nie był zabieg planowany – uszkodziłeś kolano, jak to się stało?
SG: Po powrocie z Rampage miałem pokazy w Niemczech i na treningu nie dokręciłem „siedemset dwudziestki”, przez co moje kolano nie wytrzymało i strze...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy