Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

29 kwietnia 2019

NR 27 (Styczeń 2019)

Gravelami przez Pamir

0 149

Od wieków trudno dostępne góry Pamiru, nazywane niegdyś Duchem Świata, rozpalały wyobraźnię ludzi. Trakt Pamirski w Tadżykistanie i Kirgistanie do dziś stanowi drugą najwyżej położoną drogę na świecie. Trud jazdy na wysokości ponad 4500 m n.p.m. zostaje wynagrodzony bajecznymi widokami ośnieżonych siedmiotysięczników Pamiru i Hindukuszu, majestatycznie górujących nad rozległą wysokogórską pustynią.

 

Od wieków trudno dostępne góry Pamiru, nazywane niegdyś Duchem Świata, rozpalały wyobraźnię ludzi. Trakt Pamirski w Tadżykistanie i Kirgistanie do dziś stanowi drugą najwyżej położoną drogę na świecie. Trud jazdy na wysokości ponad 4500 m n.p.m. zostaje wynagrodzony bajecznymi widokami ośnieżonych siedmiotysięczników Pamiru i Hindukuszu, majestatycznie górujących nad rozległą wysokogórską pustynią.

Rzeka Pandż swoim wartkim strumieniem oddziela Tadżykistan od wąskiego odcinka Afganistanu zwanego Korytarzem Wachańskim. Niegdyś wiodła tamtędy jedna z odnóg słynnego jedwabnego szlaku. W XIX wieku Pamir był strategicznym regionem „wielkiej gry”, czyli walki dwóch potężnych mocarstw – rosyjskiego i brytyjskiego – o wpływy w Azji Centralnej. Drogę zbudowali Sowieci w latach 30. ubiegłego stulecia, jednak nieremontowana od kilku dekad nawierzchnia popadła w ruinę, stanowiąc dziś wyzwanie dla poruszających się po niej pojazdów. Destrukcji dopełniły osuwiska ziemi i kamienne lawiny.

Jazdę rozpoczęliśmy z miasteczka Chorog na wysokości około 2100 m n.p.m. Przez wiele dni pięliśmy się dość łagodnym, lecz nieprzerwanym podjazdem w górę rzeki Pandż. Wiatr był momentami dość mocny, jednak wiał nam przyjemnie w plecy. Sierpniowy skwar dawał się we znaki. Wytchnienie od suchej, kamienistej doliny znajdowaliśmy w cieniu strzelistych topól i szumiących wierzb otaczających wioski. Zamieszkują je Pamirczycy, w tej części zwani Wachami. Nie lubią, gdy nazywa się ich Tadżykami. Różnią się od nich nie tylko przyjętymi zwyczajami. Są wyznawcami niszowego odłamu szyickiego islamu – ismailizmu, a społeczności w poszczególnych dolinach posługują się zupełnie innymi językami. Ich odrębność jest całkiem zrozumiała. Pamir znajduje się w autonomicznym obszarze Górskiego Badachszanu, który zajmuje niemal połowę powierzchni Tadżykistanu, lecz jest zamieszkały przez zaledwie 3% ludności kraju. Skupiska ludzkie rozsiane są na ogromnej przestrzeni, a ludzie bardzo życzliwi i niezwykle gościnni. Ochoczo zapraszają na herbatę, pogawędkę, a w razie potrzeby chętnie ugoszczą na noc, zgodnie z wyznawaną przez muzułmanów zasadą „gość to prezent od Boga”.

Pewnego dnia, gdy Bergur zaległ pół żywy z rozstrojem żołądka, przechadzałam się po Iszkaszim i… omal nie wyszłam za mąż! Mój niedoszły małżonek był pogodnym jegomościem w sile wieku, z uśmiechem pełnym złotych zębów, co zapewne zwiastowało dostatnie życie. Był on jednym z rozradowanych weselników, którzy nieoczekiwanie wciągnęli mnie na pamirski ślub. Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica! Stacjonowałem za młodu pod Poznaniem. Chodź świętować z nami! – nalegał inny biesiadnik.

Twarz panny młodej skryta była za czerwono-złotym welonem i nie sposób było odgadnąć, czy jest zadowolona z zamążpójścia. W Tadżykistanie wciąż powszechną praktyką są małżeństwa aranżowane. Zdarza się, że młodzi poznają się krótko przed ślubem, a kobieta pod presją społeczną często nie może odrzucić kandydata. Młodzi małżonkowie, Parwin i Farida, siedzieli pod baldachimem niczym posągi, bacznie obserwując wesołe pląsy gości. W tej kulturze demonstrowanie uczuć przez młodą parę byłoby nie do przyjęcia.

Dolina Pandżu niewątpliwie ma swój urok, jednak zmęczeni gwarnymi wioskami z utęsknieniem wyczekiwaliśmy bezkresnego, wyżynnego pustkowia. W Langar, ostatniej wachańskiej mieścinie, zrobiliśmy zapasy makaronu, kaszy manny i krówek na kolejnych kilkaset kilometrów odludnej krainy.

 

Przez wysokogórskie przełęcze

Z mozołem wdrapywaliśmy się stromym zboczem po szutrowo-kamienistej drodze. Dziurawy asfalt skończył się kilka dni temu, a skąpa roślinność zniknęła już niemal całkowicie. W drodze towarzyszyły nam pogwizdywania świstaków ostrzegających kolejno swoich towarzyszy przed zbliżającymi się nieproszonymi gośćmi. Płowe i brunatne nagie skały zachwycały swoim surowym pięknem. Temperatura obniżyła się, osiągając w ciągu dnia maksymalnie kilkanaście stopni Celsjusza, a nocą spadając poniżej zera. Za wojskowym posterunkiem Kargusz zamiast kontynuować jazdę popularną drogą M41, znaną jako Pamir Highway, zjechaliśmy na mało uczęszczaną, zakurzoną ścieżkę wzdłuż rzeki Pamir, wypływającej z jeziora Zurkul. Ten fragment trasy zdecydowanie spodobał nam się najbardziej z całej podróży. Przed nami rozpościerała się bezkresna przestrzeń księżycowego płaskowyżu. Uwielbiam ten stan, gdy życie w podróży się upraszcza, toczy swoim rytmem, stając się rodzajem oczyszczającej medytacji. Te beztroskie poranki, gdy z kubkiem parującej kawy zaparzonej na benzynowej kuchence wpatrywaliśmy się w malowniczy górski krajobraz, czekając aż pierwsze promienie słońca roztopią szron na poszyciu namiotu. I nic więcej nie trzeba. Całymi dniami chłonęliśmy piękno otaczającej przyrody. Wieczorami grzaliśmy się przy ognisku. Co prawda nie ma tam żadnych drzew, jednak świetnym materiałem opałowym jest piętrzące się dookoła… łajno. Takie ognisko okazało się zaskakująco aromatyczne i dawało sporo żaru. Wysuszone odchody zwierząt, a także krzewy terseken porastające doliny to jedyne materiały opałowe umożliwiające Pamirczykom ogrzanie swoich domostw.

Okolice jeziora Zurkul są opustoszałe. Do najbliższego sklepu jest grubo ponad sto kilometrów. Napotkaliśmy jednak kilka kamiennych chałup zamieszkałych latem przez pasterzy. Z radością przyjęliśmy zaproszenie na czarną herbatę tradycyjnie podawaną z mlekiem, masłem i solą. Po chwili na kwiecistej ceracie zaserwowano lepioszkę, czyli płaski, okrągły chleb, słodką śmietankę i kefir. Świeże wyroby smakowały wybornie, zaskakująco pysznie!

Do tej pory Tadżykistan przyzwyczaił nas do ubogiej, monotonnej, ociekającej olejem kuchni bez smaku. Na wyprawach zawsze staramy się jeść to, co miejscowi, lecz tam nawet makaron smakował jak plastelina, a kukurydza z puszki czy kakao z wiejskiego sklepiku okazały się tak ohydne w smaku, że ciężko było je przełknąć. Nic więc dziwnego, że szczupły Bergur schudł w trakcie trzech tygodni podróży aż siedem kilogramów!

...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy