Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

18 października 2021

NR 53 (Wrzesień 2021)

Mark Cavendish. Powrót Króla

0 123

Dwieście sześćdziesiąt dni dzieliło dwie, jakże różne łzy Marka Cavendisha. Pierwsza popłynęła z bezsilności, po wielu miesiącach nieudanych prób odnalezienia choćby śladu dawnej formy i świetności. Druga była przejawem nieskrywanej euforii i radości po kolejnym, wymarzonym zwycięstwie w Tour de France. I nadziei na to, że nie jest to ostatnie słowo Manxmana. Nie było.

 

POLECAMY

Przykro było patrzeć na twarz Cavendisha na mecie wyścigu Gandawa-Wevelgem, rozgrywanego nietypowo w październiku 2020 roku. Cav ukończył imprezę na 74. miejscu. Po przekroczeniu linii mety na jego twarzy malowała się rozpacz.
– To był prawdopodobnie mój ostatni wyścig w karierze – rzucił mimochodem, właściwie nie wiadomo do kogo. Z nielicznymi z powodu pandemicznych obostrzeń mediami rozmawiać nie chciał, bo i nie było o czym. Od dłuższego czasu dla większości obserwatorów kolarstwa było jasne, że czas Marka Cavendisha przeminął. Przyszedł czas na pożegnanie, a jesienna słota czyniła je jeszcze bardziej przygnębiającym.


Zresztą rzucone wówczas w desperacji słowa zdawały się nie mieć wielkiej wartości nawet dla ich autora. Zaledwie kilka dni później stanął na starcie Scheldeprijs, a potem w monumencie Dookoła Flandrii i klasyku z Brugii do De Panne. Dwóch ostatnich nie skończył, w Scheldeprijs dojechał na metę pod koniec stawki. Nazwisko Cavendish wciąż elektryzowało media i fanów na całym świecie, ale tym razem raczej jako symbol smutnego końca kariery.

 

Rachunek prawdopodobieństwa

Pełne goryczy słowa o odwieszeniu roweru na kołek usłyszał jednak Patrick Lefevere, charyzmatyczny menedżer ekipy Deceuninck-Quick Step. Zapowiedział, że uczyni wszystko, by byłemu mistrzowi świata umożliwić godne pożegnanie ze sportem, któremu dał tak wiele osiągnięć.


Trudno powiedzieć, czy kierowała nim rzeczywista troska o dobre samopoczucie 35-letniego kolarza, czy raczej chłodna kalkulacja, że w blasku upadającej gwiazdy wciąż jeszcze można się nieco ogrzać. Wszak Lefevere, któremu z jednej strony trudno zarzucić, że nie ma „nosa” do znajdowania i szlifowania diamentów, z drugiej niemal każdego roku rozgrywa podobną dramę w poszukiwaniu sponsora. Ostatecznie zawsze udaje mu się nawiązać owocną współpracę, ale już niemal rytualne darcie szat związane z tym procesem stało się w kolarskim środowisku przedmiotem licznych docinków. W końcu pieniądze podobno lubią ciszę. Lefevere pozyskuje je zazwyczaj najgłośniej w całym peletonie.


Nie sposób oderwać propozycji złożonej Cavendishowi od tego całego teatru. Roczny kontrakt kolarza, który miał mu pozwolić na godne pożegnanie z szosą, miał pokryć bezpośrednio jeden ze sponsorów. Przesadnie się zresztą przy tym nie wykosztował, bo umowa zakładała właściwie tylko podstawowe wynagrodzenie, jakiego wymagają przepisy UCI. Niewiele, biorąc pod uwagę choćby sam zasięg profili kolarza w mediach społecznościowych, kilkukrotnie większy od osiągniętego przez Deceuninck-Quick Step.


Niektórzy odczytali to jako policzek wymierzony dawnemu mistrzowi. Cavendish w peletonie szeroko znany był między innymi z tego, że czerpał z życia pełnymi garściami. Teraz stanął przed wyborem: jeździć za minimalną stawkę, ale odejść z podniesionym czołem lub zakończyć karierę z ostatnim zdjęciem przedstawiającym zabłoconą i wykrzywioną w grymasie zawodu twarz. Wybrał to pierwsze. I okazało się to jednym z najlepszych wyborów w jego życiu. W życiu, na które do pewnego momentu nie mógł narzekać, choć dla wielu jego przeciwników bywało solą w oku.
 

Tour de France 2021 – Etap 14. – Carcassonne - Quillan (183,7 km) – J.Vingegaard (TJV), N.Quintana (ARK), T.Pogacar (UAE) i M.Cavendish (DQT). Foto Aurélien Vialatte

 


Loteria z nagrodami

Cavendish należał do grona pierwszych kolarzy, którzy zdyskontowali sukces rozwijanego od końca lat 90. XX w. i wspieranego przez The National Lottery brytyjskiego programu rozwoju dyscypliny. Największe pieniądze popłynęły na tor. I to właśnie na nim młody zawodnik z wyspy Man objawił swój sprinterski talent i zdobywał pierwsze doświadczenia.
Na początku XXI wieku Brytyjczycy zdobywali na torowych mistrzostwach świata po kilka medali. W 2005 roku po ponad 50 latach przerwy wygrali klasyfikację medalową, przywożąc z Los Angeles aż sześć krążków, w tym cztery złote. Jeden z nich należał do Cavendisha, który wespół z Robem Haylesem wywalczył tęczowy trykot w madisonie.
Wielka Brytania oszalała na punkcie kolarstwa, a młody Cavendish stał się obok Bradleya Wigginsa jedną z bardziej rozpoznawalnych postaci. W tym samym roku zaczął jeździć na szosie w kontynentalnej niemieckiej grupie Sparkasse. Rok później przymierzany był już do jeżdżącej w pierwszej dywizji ekipy T-Mobile.


Za jego pierwsze zwycięstwo w zawodowym peletonie uważa się wygraną na 3. etapie Wyścigu Solidarności i Olimpijczyków, choć ręce w geście triumfu na linii mety zdarzało mu się unosić już wcześniej, ale w wyścigach młodzieżowców. Od 2007 roku, gdy po raz pierwszy stanął na starcie wyścigu jako zawodnik worldtourowej drużyny, licznik jego zwycięstw zaczął tykać niezwykle szybko.

 

Oczy tłumów

Trzy lata po pierwszym sukcesie w torowych mistrzostwach świata Cavendish, tym razem z Wigginsem, ponownie wywalczył tęczę w madisonie. Brytyjscy torowcy rozbili bank na własnym terenie w Manchesterze, zdobywając aż 11 medali, z czego dziewięć z najcenniejszego kruszcu. Nie było lepszego dowodu na to, że inwestycja w kolarstwo przyniosła spodziewane efekty. Kolarzy noszono niemal na rękach.

 

Wyzwanie

Kilka miesięcy później dużo pewniejszy siebie Manxman stanął na starcie Tour de France. W Wielkiej Pętli zadebiutował rok wcześniej, co zawdzięczał przede wszystkim swojemu pochodzeniu. Wyścig w 2007 roku startował z Londynu, a Cavendish był jednym z dwóch Brytyjczyków w składzie niemieckiej drużyny. Odebrał wtedy solidną lekcję kolarskiej pokory, kończąc zmagania z piekielnie trudną trasą już na ósmym etapie. Ale już rok później zadziwił cały świat.


Tour w 2008 roku wyruszał z Brestu i po kilku dniach podróży przez Bretanię dotarł do Chateauroux. Tutaj 23-letni wówczas Cavendish odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w Wielkiej Pętli. W kolejnych dniach wygrywał jeszcze trzykrotnie. A przez następne lata uzbierał tych zwycięstw łącznie 30. Ostatnie na 14. etapie wyścigu w 2016 roku. Tylko jeden kolarz był pod względem liczby zwycięstw w Tourze lepszy: Eddy Merckx. Wygrywał 34 razy.


Kariera Cavendisha rozwijała się w szalonym tempie. Do dwóch tytułów mistrza świata na torze dołożył w 2011 roku trofeum zdobyte na szosie. Pięć lat później, znowu w parze z Wigginsem, wywalczył trzecią tęczową koszulkę w madisonie. W międzyczasie wygrywał etapy niemal w każdym wyścigu, w którym się pojawił. Pod koniec 2016 roku liczba jego triumfów przekroczyła 140. W palmares miał zwycięstwo w monumencie Mediolan-San Remo i kilka ważniejszych klasyków. A na koncie miliony, bo przez lata był uważany za jednego z najhojniej wynagradzanych kolarzy. Był królem życia i potrafił z niego korzystać.

 

 

Autobiografia

Nie grzeszył przy tym skromnością. Już w 2009 roku, dwa lata po debiucie w najwyższej wyścigowej dywizji, opublikował autobiografię, która stała się przedmiotem wielu drwin ze strony kibiców i innych kolarzy. Zarzucano mu przesadny narcyzm i brak pokory wobec osiągnięć innych wielkich tego sportu. Z czasem udowodnił, że zasłużył na miejsce w historii kolarstwa, ale długo musiał odpowiadać na zarzuty, że próbuje je sobie wywalczyć „przez zasiedzenie”, przedwcześnie ogłaszając wszem wobec swoją wielkość.
Relacje z mediami również miewał trudne. Na wyścigowych konferencjach prasowych szybko się irytował i potrafił ostentacyjnie besztać nawet mocno wiekowych dziennikarzy, którzy zęby zjedli na relacjonowaniu wyścigów. Był perfekcjonistą i tego samego wymagał od innych; pytania również powinny być perfekcyjne. A najlepiej takie, które pokażą go w dobrym świetle jako odpowiadającego.

 

 

Zmierzch

Wszystko nagle się skończyło w roku 2017. Na starcie Tour de France w Dusseldorfie stawał, deklarując, że zamierza zbliżyć się do rekordu zwycięstw Merckxa. Zapowiedzi te były mocno na wyrost, bo Cavendish nie był w szczytowej formie. W peletonie nastał czas Petera Sagana, który jechał w wywalczonej po raz drugi z rzędu koszulce mistrza świata. Cav w czempionacie w stolicy Kataru był drugi. W Tourze obiecywał sobie powetować niepowodzenia.


Chciał też przeszkodzić Słowakowi, który gonił za innym rekordem: liczby wygranych klasyfikacji punktowych Wielkiej Pętli. Cavendish, któremu zdarzało się regularnie wycofywać z dalszej rywalizacji po zgarnięciu wygranych sprintów na płaskich etapach, w zielonej koszulce Tour de France ukończył tylko raz. Sagan w 2017 roku zmierzał po wyrównanie osiągnięcia Erika Zabela, który klasyfikację punktową wygrywał wcześniej sześciokrotnie.


Na 4. etapie Touru w Vittel plany zarówno Cavendisha, jak i Sagana legły w gruzach. Na finiszu Cav próbował wcisnąć się między Słowaka a linię barier. Stracił jednak równowagę i wpadł na bandy. Przekoziołkował, a ułamek sekundy później wpadł na niego kolejny z kolarzy. O spowodowanie kraksy oskarżono Sagana, który miał wykonać ruch łokciem, przyczyniając się do upadku Brytyjczyka. Niesłusznie, jak się później okazało, ale wówczas mistrz świata został wyrzucony z Tour de France. Cavendish ze złamaną łopatką i mocno poobijany wrócił do domu.


Na rower wrócił dwa miesiące później, ale od tamtego momentu nie wychodziło mu już prawie nic. Zaczęły go za to prześladować przedziwne przygody. Abu Zabi Tour w 2018 roku nie było mu dane nawet rozpocząć; wywrócił się na dojeździe do startu pierwszego etapu. W rozgrywanym niedługo później monumencie Mediolan–San Remo wjechał prosto w zabezpieczenie jednej z wysepek na środku drogi. Znowu skończyło się dwumiesięczną pauzą. Wracał, próbował, kończył zupełnie wyczerpany, w kilku wyścigach poza granicą limitu czasu. W następnym roku było podobnie.


Szefostwo Team Dimension Data, którego barwy wówczas reprezentował, nie bardzo wiedziało, co z nim zrobić. W składzie na Tour de France zaczął być pomijany. Na koniec sezonu 2019 został praktycznie bez kontraktu. Przygarnęła go poszukująca gwiazd drużyna Bahrain McLaren.


W międzyczasie okazało się, że przyczyną słabej formy, chronicznego przemęczenia i braku koncentracji kolarza jest wywołujący mononukleozę aktywny wirus Eppsteina-Barr. Zanim jednak postawiono diagnozę i rozpoczęto leczenie, Cavendish zdążył winą za zaistniałą sytuację obarczyć samego siebie. Do nieujawnionej jeszcze choroby dołączyła depresja. Pandemia COVID-19, która sparaliżowała kolarstwo na wiosnę 2020 roku, dodatkowo tę trudną sytuację pogorszyła. Król życia abdykował.
 

Eddy Merckx gratuluje Cavendishowi 34 zwycięstw na Tour de France. Foto Pauline Ballet A.S.O.

 


Ostatnie promienie

Przez moment mogło się wydawać, że jesienią ubiegłego roku wszystko wróci na swoje miejsce. Udało mu się uporać z chorobą, powoli wychodził z depresji. Ale znowu, ku własnemu zdziwieniu i rozpaczy, nie został powołany do składu na Tour de France. Mierzący się z problemami finansowymi i odejściem jednego ze sponsorów zespół potrzebował „pewniaka”, a Cavendish zdecydowanie nim nie był.


Wywrócony przez pandemię do góry nogami kalendarz sezonu 2020 kończył się serią klasyków, które zostały odwołane wiosną. Tam właśnie, po kolejnej serii rozczarowujących porażek, Cavendish podjął decyzję o zakończeniu kariery. I to tam dostał od Lefevere szansę na godne pożegnanie. Gdyby to była gra, powiedzielibyśmy zapewne, że dostał nowe życie. Tylko wówczas prawdopodobnie jeszcze o tym nie wiedział.


Początek sezonu w nowej-s...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy