Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

22 sierpnia 2019

Ochotnica 4Towers Race - relacja

0 178

Zachęcony bardzo dobrymi recenzjami z imprez Cezarego Szafrańca 
postanowiłem zgłosić się na 4towers race którego start i meta znajduje 
się w Ochotnicy Dolnej. Sądziłem że po przejechaniu czterech carpatek i 
wielu maratonów chętnie czerpiących z Gorców, nic mnie tam specjalnie 
nie zaskoczy. Jak bardzo się myliłem czuję do dziś z bólem wstając rano 
ze swojego nisko zawieszonego łóżka…

Pierwszy dzień to czasówka. Wiele imprez chętnie korzysta z tego 
rozwiązania: można rozegrać w krótkim czasie prolog układający peleton a 
ponieważ nie trwa długo można imprezę zacząć po południu dając dojechać 
zawodnikom na start. Ten tu to „jedyne” 6 km, ale za to jakie… Podjazd 
pod Magórki jest stromy. Bardzo stromy. 33% w kilku momentach sprawiło 
już pierwszego dnia ból. Tylko 33min. podjeżdżania, ale dało do 
myślenia. Dodatkowo sporo błota i niemal na finiszu bardzo głęboka 
kałuża mszcząca się na zbyt pewnych siebie kolarzach niewidoczną belką 
na dnie. Nie jednemu schłodziła gorącą głowę, nie jeden lądował, jak 
kot, na czterech łapach w wodzie „po pachy”.  Piękny widok z wieży 
wynagradzał wysiłek.
Kolejnego dnia już respektem ruszaliśmy na pierwszy etap. Duża suma 
przewyższeń dość krótkie podjazdy dawały jako taki pogląd na spodziewane 
nachylenia. Ale i tak były zaskakujące to procenty: 34% to największe 
nachylenie jakie wskazał garniak. Zostałem nimi sponiewierany. Tak 
bardzo że na ok. 40km straciłem animusz a z nim miejsce na pudle. Kryzys 
trwał już do mety a więc przez kolejne 25km. Może nie była to odcina jak 
to się zdarza czasem, ale zwyczajnie zabrakło mocy aby kontynuować raźne 
tempo.  Można powiedzieć że zostałem pokonany przez ten etap. Nie chodzi 
o to że nie dojechałem. Bardziej chodzi o własną pewność siebie i 
oczekiwania. Nos został utarty. Pozostawało się regenerować na kolejny 
etap.
A była to treściwa wyprawa na Gorc: 1228m.n.p.m. Pierwsze kilometry 
napawały optymizmem. Noga podaje, przyjemna temperatura. Ale to był 
pechowy etap. Nie tylko dla mnie. Tuż po pierwszym bufecie straciłem 
jeden bidon. To jeszcze nie tragedia, ale wymusza przystanki na każdym 
bufecie i stałe myślenie o racjonowaniu płynów i ogranicza jedzenie… 
Jednak pech dopadł mnie znowu na czterdziestym kilometrze. Łatwa trasa, 
lekko w górę lekko w dół szczytówka a tu kapeć. Mleko nie ogarnęło, 
dziura znaczna. Myślę sobie dętka 2 naboje i jedziemy dalej po góra 3 
minutach. Trzy minuty zamieniły się w 20minut. Pokonał mnie wentyl nie 
ruszany od zalania kół: nieco mleka skleiło nakrętkę i za nic nie dało 
się go zdjąć. Dopiero przechodzący Turysta użyczył mi victorinoxa z 
kombinerkami. Poszło. Poskładałem się i zaczynamy odrabiać osiem 
straconych miejsc. Odrobiłem siedem, ale czas już poukładał jak dla mnie 
wyścig. Jeszcze po drodze złapałem dostojny szlif na łydce wjeżdżając w 
kupę drewna po wycince, źle ułożonego na zewnętrznej zaraz za zakrętem. 
Oj pampers się przydał ;)
Ostatni etap: dwa razy Lubań do podjechania. O nachyleniach już nie 
rozmawiajmy: to bolesne wspomnienia. Skupmy się na zjazdach: tym do 
Krościenka, tym do Ochotnicy i na trawersie z widokiem na Tatry, zalew 
Czorsztyński, Spisz. Piękne widoki na które był czas bo noga nie 
podawała. Zjazd do Krościenka to dobrze znane creme de la creme tamtych 
okolic. Długi może nie za trudny szybki z kilkoma zaskakującymi sekcjami 
made by rain. Bardzo przyjemny. No i finałowy singiel do Ochotnicy z 
Lubania: duże nachylenie, sekcje z zakrętami, szybki, miejscami 
zaskakujący. Tam dopadłem Zawodnika który jeszcze próbował mi uciec na 
podjeździe. Bolało więc nie kontrowałem ale na zjeździe już 
zaryzykowałem choćby dla samej przyjemności ze zjeżdżania.

4towers race to nie przelewki. Jeśli chce się go przejechać w tempie to 
trzeba mocno przepracować sezon przed sierpniem. Jeśli chce się go po 
prostu przejechać to będzie to wspaniała i długa przygoda. Warto. 
Organizacyjnie też wszystko świetnie poukładane, trasa miejscami 
krzyżuje się ale oznakowanie w newralgicznych miejscach jest 
odpowiednie.  Bardzo dobre jedzenie na mecie i bufetach, wspaniali 
ludzie wokół. To jedna z trzech najfajniejszych imprez rowerowych w 
Polsce. Dobra robota Cezary, dobra robota Ochotnico. Do zobaczenia w 
przyszłym sezonie.

 

Przypisy