Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda , Otwarty dostęp

17 czerwca 2020

NR 40 (Czerwiec 2020)

Silesia. Śląsk odczarowany

24

Przeklęty kierat dnia codziennego tak pozginał nasze karki, że kiedy podnieśliśmy wzrok znad biurek, klawiatur i kubków po kawie, okazało się, że już sobota.

W sumie to powinien nas taki obrót spraw ucieszyć, tak jak cieszy wszystkich, jednak na nas spadł strach – co zrobić, by tego świętego czasu nie zmarnować, tym bardziej że godziny były już popołudniowe. 
Wpychanie rowerów do samochodu, jazda, a potem wyciąganie rowerów, pakowanie, jazda i powtarzanie wszystkiego w odwrotnej kolejności, by wrócić najpóźniej w poniedziałek rano, brzmiało jak definicja marnowania weekendu. Przeprowadzenie wyjazdu rowerowego przy wsparciu PKP – cóż, pomysł był tak absurdalny, że wylądował wśród innych głupich konceptów. Spakowani i gotowi, siedząc w siodłach, podjęliśmy jedyną, jak nam się zdawało w tych okolicznościach, sensowną decyzję: Śląsk, ziemia naszych ojców i matek. Tak właściwie to Górny Śląsk, a jeszcze precyzyjniej, to z małego miasteczka na Śląsku na północ i z powrotem. Jedynym zagrożeniem dla naszego planu były Katowice, które gdzieś tam za lasami mogły skusić nas swoim nocnym życiem. Bez słowa, bez kłótni, czy chociażby delikatnej wymiany chrząknięć, każdy z nas obrał ten jedynie słuszny kierunek: północ. Wiedzieliśmy, że stąpamy po cienkim lodzie i cieszyła nas ta przyszła próba charakterów.
 


Beztrosko cięliśmy po polu dzikich traw, gdy natknąłem się na pajęczego pierdolca wielkości paczki zapałek. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało – albo może raczej, co bym czuł – gdyby mnie dziabnął.

Hałda Skalny

Pierwotnie trasę tej wyprawy wyznaczyło nasze wyobrażenie o kierunku północnym – we współudziale ślepego losu. W planowaniu udział wzięło również ogrodzenie elektrowni Łaziska, a później kopalni Bolesław Śmiały. Dobrze rokująca ścieżka, którą z pietyzmem wybraliśmy spośród innych, wpychała się pomiędzy instalacje przemysłowe kopalni i nikła w nasypie kolejowym. Pogodzeni z faktem, że los rzuca nam podkłady kolejowe pod nogi, postanowiliśmy nie zbaczać z raz wytyczonego kierunku i zaczęliśmy wpychać rowery na nasyp. Jazda wzdłuż torowiska i utrzymanie wysokiego tempa przejazdu okazały się niewykonalne. Innymi słowy: przyszła kolej, by i kolej upomniała się o swój czas, który naiwnie chcieliśmy zaoszczędzić, rezygnując z jazdy pociągiem PKP. Jednak w sobotę cały świat należy do ciebie. Zgodnie z tą dewizą, resztę zaoszczędzonego czasu zmarnowaliśmy na zabawie przy znalezionej na drzewie fotopułapce. Zapewne przy jej pomocy kolejarze sprawdzają, co robią ich wagony na torowisku, kiedy nikt nie patrzy.

Na przełajach szosa, szutry i piaskowe polne ścieżki szybko umykały nam pod kołami. Po jakimś czasie znaleźliśmy się na hałdzie. Oczywiście, jeżdżąc po Śląsku, należy się liczyć z ryzykiem wjechania na którąś z nich. Może nawet na kilka. Jednak to, na co wjechaliśmy, wyglądało jak królowa śląskich hałd. Później udało nam się ustalić, że ta hałda nosi nazwę Skalny, tworzy ją 17 mln ton materiału skalnego usypywanego od ponad 80 lat i, co najciekawsze, należy do największych w Europie. Jest również kultową hałdą, do której zjeżdżają wycieczki entuzjastów z całego świata. Ma to coś wspólnego z jej unikatowym kształtem i polem „magicznym”, jak to określił jeden z lokalsów, który zaczepił nas po drodze.
Coraz dłuższe cienie rzucane przez nasze postacie zdopingowały nas do puszczenia klamek hamulcowych i pognania w dół. 

Nocleg na wieży

Miasto wciągnęło nas w swoje ulice, o tej porze całkowicie wyludnione – niczym miasto widmo pozostawione na pastwę owadów, kotów i pijaków. Na przemian gubiąc się i znajdując w plątaninie ulic skąpanych w pomarańczowym świetle sodowych żarówek, wjechaliśmy do parku Kościuszki. Ponad koronami drzew wystawała ażurowa konstrukcja wieży spadochronowej. Wieży dobrze nam znanej, bo jako mieszkańcy Katowic i okolic zdobywaliśmy ją kilkanaście razy, od wejścia po schodach, przez klasyczną wspinaczkę po zewnętrznej konstrukcji, włącznie z pokonaniem kilkumetrowego okapu talerza od spodu metodą hakową. Z rowerami jednak jeszcze nas tam nie było, a że było późno, w środku miasta wieża spadochronowa wydała się idealnym miejscem na nocleg VIP. 
Wytyczyliśmy więc szkocką linię i zaczęły się schody – ekstremalnie wąskie, kręte i strome momentalnie spowolniły nasze tempo wejścia. Nocną ciszę przerywały co chwilę łacińskie zaklęcia. Miały chyba małą moc, bo na nic zdało się zaklinanie drogi; walka ze stalą i grawitacją i tak wydawała się nie mieć końca. Dopiero po kilkunastu minutach udało nam się osiągnąć szczyt z idealnym miejscem na biwak. No, może prawie idealnym, gdyż wraz z osiągnięciem górnej platformy szanse na ognisko spadły do zera. Jednak widok z wieży oraz zimne piwo utwierdziły nas w przekonaniu, że dobrze wybraliśmy miejscówkę. Mieliśmy prywatny taras z widokiem na całe miasto.
 


Powrót na ścieżki Katowic za dnia okazał się wyzuty z magii, którą dawał mrok nocy. Pozostało nam do zrealizowania drugie śniadanie i ucieczka. Kusiła nas modernistyczna zabudowa centrum miasta, ale ruch uliczny był argumentem, który zaważył na wyborze Nikiszowca – górniczej, zabytkowej dzielnicy Katowic.

Ciężkie, ołowiane chmury zwiastowały deszcz, więc dla ludzi, którzy na nowo odkrywali urok tego górniczego osiedla, był to dostateczny powód, by szczelnie wypełnić wszystkie miejsca siedzące w kulinarnych przybytkach Nikiszowca. Z trudem wywalczyliśmy miejsca w „Cafe Byfyj” i siedząc na leżakach, czekaliśmy na deszcz i drugie śniadanie, gdyż to bistro słynie z wygodnych leżaków, wybornej kuchni i przecudnej urody kelnerek. Każdy z powyższych aspektów wydłużał nasz pobyt na Nikiszu niemal w nieskończoność. Kiedy zdecydowaliśmy się na dalszą jazdę, miasto było już skąpane...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy