Dołącz do czytelników
Brak wyników

Turystyka

8 października 2021

NR 53 (Wrzesień 2021)

Wielka przygoda na Dzikim Zachodzie

0 65

To historia dwóch wyjazdów, rok po roku. Czyli jak jedno spotkanie w odległej części świata zrodziło pierwszą podróż do Kolorado, a znajomość zawarta na miejscu przy ognisku stała się inspiracją do kolejnej podróży vanem przez połowę Stanów Zjednoczonych dokładnie rok później.

 

Od Kostaryki Do Slick Rock Trail

Jeżeli dla kolegi z Denver mieszkam na drugim końcu świata, to razem poznaliśmy się na trzecim. Mowa o Kostaryce. Siedząc na kanapie w hotelowym lobby i popijając lokalne piwo, wymienialiśmy się wrażeniami z wyścigu La Ruta de Los Conquistadores. Chwilę później padły pytania: skąd jesteśmy, gdzie mieszkamy i w sumie, dlaczego mam nie wpaść do Denver?
 

POLECAMY

 1. Zdjęcie z drona nad Srine Pass, Góry Skaliste, Kolorado. 

 

2. Bozeman Montana.

 

 3. Crested Butte, Kolorado.


Dude, you’ll love it!

Nie trzeba mnie było długo przekonywać. Wychodząc z ogólnego założenia w życiu, że na rowerze warto jeździć wszędzie, gdzie się da, a tym bardziej, jeśli mowa o tak sławnej części Stanów jak Góry Skaliste, nie miałem wątpliwości co do decyzji. Nie znam dobrze człowieka – to nie problem. Nie wiem, czy zdobędę pieniądze na wyjazd – to też nie problem. Nie wiem, gdzie ostatecznie wyląduję i z kim – to nie problem, a wręcz zaleta. Mam czas? – Tak! Przejrzenie w głowie podstawowych kryteriów przed wyborem kolejnego kierunku jasno wskazywało na prawdopodobieństwo życiowej podróży z dużą sumą niewiadomych. Odhaczone, lecę!


Szczerze, to nie był rzut na taśmę, pieniądze nie biorą się znikąd, a skarpeta nie była aż tak pulchna od zakiszonych oszczędności. Najważniejszy jest cel i czas, reszta się uda. Pozostając z Chrisem w kontakcie, już po powrocie do Polski otrzymałem jasną deklarację, że zgarnie mnie z lotniska w Denver, ma cały sprzęt campingowy i w zasadzie mam dostarczyć do USA tylko swoje cztery litery i dwa koła.


Półtora roku później jestem na pokładzie samolotu, oglądam Prostą historię Davida Lyncha i zastanawiam się, czy motyw drogi ukazany w tym filmie znajdzie już niedługo odzwierciedlenie w mojej przygodzie. Długi korytarz łączący terminal przylotów z odprawą graniczną ozdobiony był wielkimi zdjęciami rdzennych mieszkańców, a z głośników leciała plemienna muzyka Indian.


Chris czekał z niedźwiedzim uściskiem. Szybko spakowaliśmy sprzęt do samochodu. Pickup Ford F150 zupełnie mnie nie zdziwił. Był jak 90% samochodów w tej części Stanów. Do ręki od razu dostałem lokalne piwo. W Denver spędzam pierwszą noc, rano podłączamy prostą zabudowaną przyczepę, w której sypialnię zorganizował sobie mój kolega, ja dostaję namiot i śpiwór. Lecimy na Shrine Pass – przełęcz położoną na 3500 m n.p.m. w sercu Kolorado i Gór Skalistych, niedaleko od Breckenridge i kilka godzin od Leadville. Ciekawe, jak dobrze mają rozbudowaną sieć terenowych szlaków? Z napędem na cztery koła da się tu naprawdę wysoko wjechać. Po rozbiciu obozu, czyli namiotu kuchennego, mojego namiotu i wypoziomowaniu przyczepy, musiałem się zdrzemnąć. Zmiana czasu robi swoje. Budzi mnie jednak hałas strzałów i muzyka Franka Zappy. Chris, popijając piwo, dla zabicia czasu strzelał ze swojego pistoletu w skały, wesoło pytając – Dude, you wanna try? Wówczas zadałem sobie pytanie – gdzie ja tak naprawdę jestem i z kim?!


Chwilę później czyta SMS-a od Scotta (człowieka, który odegra rolę w drugim etapie mojego zwiedzania USA z rowerem). Pyta, czy może używać z nami jednej szczoteczki do zębów, bo swojej zapomniał? Rozbawieni zaczynamy wyglądać jego vana. Chwilę później dociera swoim VW Westfalia rocznik '86 z rowerem własnej produkcji na bagażniku. Wielki napis Maurer od jego nazwiska zdobi stalową ramę. Scott od razu zaprasza na pokład swojego vana, żeby pochwalić się wyposażeniem. Jeszcze wówczas myślę, że cudownie byłoby się kiedyś wybrać z nim w podróż. Niecałą godzinę później przyjeżdżają jeszcze cztery samochody w różnej konfiguracji camperowej. Jak się dowiaduję, to z okazji mojego przyjazdu. Czyżby wszyscy byli tak ciekawi przybysza z Polski? Niekoniecznie. Po prostu tutaj nikogo nie trzeba namawiać na wypad w góry z rowerami! Od razu starają się mnie przywitać znajomością polskiego słowa. Rzucają pierwsze. Wyraz zaczyna się klasycznie na „k”, ale z ust kolegi wybrzmiewa łamane – KIEŁBASA!

 

Wśród Fortinerów

Jazda na rowerze w Kolorado to niebywałe przeżycie. Dokoła otaczają człowieka czterotysięczniki, których wzdłuż całej Colorado Trail jest kilkadziesiąt. Rano niebo na horyzoncie spowite jest cienką warstwą dymu i czuć spaleniznę sezonowych pożarów oddalonych nawet o kilkaset kilometrów. Na pierwszą wycieczkę udajemy się na blisko stukilometrową pętlę w stronę Vail. To dla ludzi z Denver, drugie po Aspen, swego rodzaju Zakopane. Podczas jazdy zwracam uwagę na krajobraz. Obezwładniające widoki, wijące się kilometrami singletracki wykształcone przez naturalną migrację rowerów górskich z jednej strony Kolorado na drugą. Mijamy po drodze sporo śladów przeszłości, zawalone zabudowania niegdysiejszych kopalni czy przybytków należących do poszukiwaczy złota. Zadziwiający jest jednak dla mnie brak nie tyle schronisk górskich, ile jakiejkolwiek zabudowy turystycznej zlokalizowanej na szczytach przełęczy czy gór. W Polsce czy w Europie to naturalne, tutaj wszędzie są miejsca przeznaczone do campingu, jednak wszystko trzeba zorganizować samemu, a obserwując wyposażenie moich znajomych – możliwości są nieograniczone.


W kolejnych dniach podróżujemy już we dwójkę. Przed nami trasy wokół Breckenridge, Frisco, Salida, udajemy się także do Leadville, słynnego miasta na Dzikim Zachodzie, gdzie co roku odbywa się znany wyścig MTB Leadville 100. W głównej części widnieje wielka reklama najstarszego domu uciech, nieprzerwanie czynnego od stu lat! Odwiedzamy biuro zawodów, które stanowią całoroczny motor napędowy tego małego miasteczka na 2000 m n.p.m. Tuż za rogiem znajduje się mały sklep Floyds of Leadville, który otworzył Floyd Landis, uczestnik Wielkiej Pętli i były kolega Lance’a Armstronga z drużyny US Postal (i zarazem człowiek, który zeznawał przeciwko niemu w aferze dopingowej). Wewnątrz do kupienia koszulki kolarskie ze wzorowanym na Wielkiej Pętli logo stworzonym z liter THC i wielkie słoiki wypełnione po brzegi różnymi gatunkami zielonego suszu.
 

 

 4. W drodze do Moab, Utah. 

 

5. Roslyn,  Waszyngton. 

 

6. Bar The Brick, Roslyn, Waszyngton.

 


Kojoty z Gunnison, Crested Butte i droga do Moab

Kolejny obóz zaplanowany jest na pustyni w Gunnison. Tutaj rozkładamy się praktycznie sami. Pagórkowaty krajobraz oferuje niesamowite widoki. Niczym nieograniczona przestrzeń pochłania od razu. Z pierwszej nocy pamiętam dziwne wycie, lekkie jak szczekanie kilku psów, ale nieco inne i to tuż pod moim namiotem. Chris wyjaśnił mi rano, że to były kojoty.
Pierwsza trasa zaczynała się tuż u progu namiotu. Okazuje się, że niepozorny teren skrywa dziesiątki kilometrów ciągnących się singletracków tuż za granicami miasta. Jesteśmy zdecydowanie niżej niż przez ostatnie kilka dni. Jest cieplej, oddycha się łatwiej. Cały dzień, kręcąc się średnio w odległości 20 km od punktu startowego, przejeżdżamy cudowne i dynamiczne trasy na otwartej przestrzeni. Bajeczne niebo kontrastujące z formacjami skalnymi i pustynnym klimatem co chwilę oferuje przelotne burze. Chris odbiera na telefonie ostrzeżenie o możliwym tornadzie. Uspokaja jednak, że niebo z reguły robi się przed nim zielone – wtedy trzeba wiać, dzisiaj silny wiatr nam nie grozi. Po powrocie do bazy zastajemy namiot kuchenny na moim namiocie i porozrzucane krzesła. Co prawda nie było to tornado, jednak szybko się orientuję, że z mojego kolegi lichy synoptyk.


Chris na chwilę zwolnił ze słuchaniem Franka Zappy, który nieprzerwanie śpiewał nam przez kilka pierwszych dni (ku naszej wspólnej uciesze). Tym razem odprawia nas w drogę David Bowie, a przed nami niecałe dwie godziny drogi do Crested Butte. Miejscowości, w której banda wariatów, jeżdżąc na swoich clunkersach w latach 80. XX w., dała początek współcześnie pojętej dyscyplinie kolarstwa górskiego. Nim Ziggy Sturdust na dobre skończył grać, na horyzoncie zaczęły wyrastać malownicze szczyty w alpejskim stylu. Niebywałe miejsce nieopodal pustyni, a jednak zupełnie odmienne, zielone i górzyste.

Przed nami jeden cel, 401 Trail. Jedna z najsłynniejszych w tym regionie tras MTB, ciągnąca się wzdłuż zbocza gór, aż do centrum miasta. Wypisz wymaluj Dolomity, a jednak nie! No może trochę jak w Kirchbergu w Austrii, ale w sumie trochę jak w Beskidach. No jest tu wszystko! Do tego jest to zupełnie inne, nowe i nieznane mi miejsce, z którego bije niebywała energia. Co chwilę zatrzymywaliśmy się na końcu każdej sekcji, żeby napawać się widokiem i zrobić zdjęcia.


Spakowani do samochodu, ciągnąc za sobą przyczepę sypialniano-magazynową, mijamy właśnie wielki znak z napisem Utah. To granica dwóch stanów. Kierujemy się na południe w stronę Moab, czyli tego etapu, na który najbardziej czekałem. Płaski krajobraz staje się coraz bardziej pofałdowany. Z prawej strony zaczynam dostrzegać powoli płynącą wodę. Tak to rzeka Kolorado, którą przemierzało wielu śmiałków, a jej świetny obraz powtarza się w wielu produkcjach filmowych. Zza zakrętu zaczynają wyłaniać się znane mi z westernów i kreskówek o Strusiu Pędziwiatrze i Kojocie formacje skalne. Słońce chylące się ku zachodowi podkreśla monumentalność tych struktur. Powstałe na skutek milionów lat osadzania i erozji absolutnie wbijają w fotel. Zatrzymujemy się na brzegu rzeki, tuż pod 10-piętrową ścianą skalną. Od razu wskakuję do wody w kolorze piaskowym, oddając się lekko nurtowi rzeki. Musiałem to zrobić! Pływałem w rzece Kolorado!


Do Moab docieramy już po zmroku. Jest gorąco, czuć wszechobecny zapach smażonego bekonu. Chris ostrzega, że musimy wstać przed wschodem, inaczej usmażymy się na Slick Rock Trail. Spośród wszystkich miejsc, jakie w życiu odwiedziłem, i zupełnie abstrahując od moich umiejętności jazdy MTB, jest to tak odmienne doświadczenie od tego, co zaznałem w życiu, że polecam, a wręcz życzę każdemu, by mógł znaleźć się tutaj choć na chwilę. Niemal pionowe podjazdy na naszych oczach pokonują terenowe samochody korzystające z niebywałej przyczepności, jaką oferują lokalne skały. O 9:00 rano jest już ponad 30 stopni Celsjusza.

Wymalowane pędzlem białe strzałki wskazują kierunek trasy. Z pozoru niemożliwe do podjechania stromizny udaje się nam pokonać w całości. Choć łydy szarpały już mocno. Na szczycie zbijam pionę z kolegą i lecimy w dół 14 km trasy. O 12:00 temperatura sięga już 45 stopni Celsjusza. Między kołami przemyka nam kilka jaszczurek, piasek jak na Saharze, kilka kaktusów, do tego klimat jak na Marsie. Mimo upału zatrzymujemy się na chwilę, by napawać się widokiem. Po powrocie, na parkingu próbuję przeanalizować, co się tak naprawdę wydarzyło i dochodzę do wniosku, że był to jeden z najbardziej wyjątkowych dni na rowerze w moim życiu.
 

 

7. Pod pralnią, foto z serii „życie w drodze”. 

 

8. Monarch Pass, Kolorado. 

 

9. Crested Butte, Kolorado.

 


Etap drugi. VW Westfalia i 6000 km drogi

Rok później znajduję się na pokładzie dokładnie tego samego rejsu. Dojazd z Opola do Wrocławia, lot do Frankfurtu, szybka przesiadka we Frankfurcie do Denver. Niecałe 13 godzin później dostaję piwo do ręki, tym razem od Scotta. To wynik zaproszenia po ostatniej wycieczce. Z Chrisem udaje mi się spotkać w pubie Long Table. Nie sądziłem, że wrócisz tak szybko! – wykrzyknął z radości. W sumie ja też nie. Zachwycony powodzeniem poprzedniego wyjazdu znów stoję w tym samym pubie co przed rokiem, dzień przed wyruszeniem na kolejną przygodę.


Przed nami ambitny plan i półtora tygodnia na jego realizację. Dotrzeć z Denver przez Wyoming, Montanę i Idaho do Bellingham w stanie Waszyngton, odwiedzając przy tym najlepsze miejscówki na rower i kilkoro znajomych.

 

Najdłuższa prosta i wielkie niebo Montany

Jedź prosto przez 1086 km. Komunikat na nawigacji rozbawia mnie na dobre. Trzymając kierownicę w pierwszym odcinku, nie mogę się nadziwić. Przed nami dziewięć godzin jazdy bez znaczącego zakrętu! Udaje się pokonać całą trasę, mijając Wyoming i dotrzeć do Bozeman w Montanie bez przeszkód z kilkoma przerwami na tankowanie. Śpimy w aucie na podjeździe domu Briana, kolegi Scotta z czasów studenckich. Jest właścicielem warsztatu rowerowego Gear Wizard.


Rano spoglądam w niebo i coś jest inaczej. Nie wiem dlaczego, ale patrzę na nie i nie mogę nadziwić się jego objętości. Jest kolosalne! Big Sky Montana – ten napis widnieje na tutejszych rejestracjach i nie jest absolutnie przesadzony. Ukształtowanie terenu, położenie geograficzne, światło, cokolwiek, co może wytłumaczyć to zjawisko, a nie jest mi znane, sprawia, że tak wielkiego nieba jeszcze nigdy nie widziałem.


Pogoda nieco krzyżuje nasze plany i pierwszy dzień spędzamy w sklepie rowerowym, pijąc piwo i pomagając przy renowacji rowerów. Kolejne dni pozwalają na poznanie lokalnych tras i energii miasta. Soczysta zieleń i malownicze góry okalające Bozeman ciągną się kilometrami. Nie udaje nam się wybrać w lokalne góry, ale sprawdzamy najlepsze szlaki w podmiejskim terenie.
 

10. Gunnison, Kolorado....

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy