Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

30 kwietnia 2019

NR 26 (Listopad 2018)

Wisła 1200

0 200

W życiu każdego cyklisty przychodzi czas na podjęcie nowych, często ekstremalnych wyzwań. Zdecydowanie do tej kategorii wpisuje się projekt „Wisła 1200”. Najdłuższy w moim życiu ultrawyścig non stop na dystansie ok. 1200 km. Przygodę, jaką przeżyłem, polecam każdemu, bo pozostanie w pamięci na całe życie.

Najdłuższa w Polsce, królowa polskich rzek. Od źródeł Czarnej i Białej Wisełki na stokach Baraniej Góry do ujścia do Bałtyku długość Wisły wynosi ponad 1000 km.

Leszek Pachulski przejechał turystycznie jej brzegami tam i z powrotem. I wpadł na pomysł zorganizowania rowerowego ultramaratonu w formule non stop, z trasą prowadzącą głównie po wałach, ale także przez nadwiślańskie miasta i miasteczka, rezerwaty przyrody i inne ciekawe miejsca w pobliżu rzeki.

W lipcu 2018 r. wcielił ten pomysł w życie – wyzwanie pokonania trasy długości prawie 1200 km podjęli liczni miłośnicy dwóch kółek. Jedni potraktowali projekt „Wisła 1200” jako sposób na tygodniowe wakacje w siodle, nastawiając się na kilkudniową spokojną jazdę z noclegami, inni z kolei podeszli bardziej sportowo i mierzyli się z czasem, brakiem snu i rywalizacją z innymi podobnymi sobie cyklistami. Ja również podjąłem to wyzwanie i postanowiłem sprawdzić się na najdłuższym do tej pory w moim życiu rowerowym dystansie pokonywanym w formule non stop.

Do schroniska Przysłop pod Baranią Górą dotarłem w piątek rano, bezpośrednio przed startem. Podjazd asfaltem był długi, ale w towarzystwie asystującego mi na szosówce Łukasza minął wyjątkowo szybko. Zawsze przyjeżdżając tutaj, wyposażałem rower w grube, agresywne opony, zapewniające odpowiednią zabawę i przyczepność w wymagającym górskim terenie, na ścieżkach z licznymi korzeniami i błotnistych singlach. Tym razem jednak było inaczej. Cienkie, półtoracalowe opony trekkingowe, prawie bez bieżnika, które zastosowałem w moim rowerze MTB, zupełnie nie przystawały do tego, co zwykle tutaj robiłem. Ostatni odcinek podjazdu kamienistą drogą pod schronisko pokonałem z buta, nie mając wystarczającej przyczepności i bojąc się o uszkodzenie dętek i opon nabitych do pięciu atmosfer… Odbiór pakietu startowego i kilkadziesiąt metrów sprowadzania roweru z powrotem w dół, do asfaltu, skąd mieliśmy zacząć naszą przygodę. Na starcie blisko 200 rowerzystów na maszynach różnej maści. Jedni na szosówkach z szerszymi oponami, inni na gravelach, sporo MTB ze standardowymi lub z nieco cieńszymi oponami. Nie zabrakło nawet fatbika. Część mocno obciążona wypchanymi do granic możliwości pojemnymi sakwami na bagażnikach, niektórzy niemalże na lekko – tylko z małymi torbami na kierownicę i pod siodło.

Ja postawiłem na minimalizm. Niewielka sakwa podsiodłowa z różnymi szpejami i z kilkoma cieplejszymi ciuchami na wypadek załamania pogody, druga sakwa z lekkim śpiworem na kierownicę oraz z dodatkową nakładką z jedzeniem na pierwszą dobę, a na górnej rurze niewielka torebka na telefon i powerbanki.

 

Szybki start i wysokie tempo

Ruszyliśmy. Postanowiłem trzymać się w czubie – jechać w pierwszej grupie. Początkowe kilometry szybko w dół przez Szarculę do Wisły, później już bardziej płasko. Stawka nieco się rozciągnęła, tempo w czubie było wysokie, według mnie zbyt wysokie jak na taki dystans. Pierwsze 50 km minęło szybko: mknęliśmy asfaltami i szutrami bezpośrednio przy rzece przez Wisłę, Ustroń, Skoczów. Przy Jeziorze Goczałkowickim wjechaliśmy w trudno przejezdny teren, męczyliśmy się w wysokich trawach na zarośniętych wałach – cienkie opony i szosowe rowery zdecydowanie nie są na takie warunki.

Tutaj rozciągnęliśmy się jeszcze bardziej. Ale wreszcie zrobiło się lepiej, można było znowu przyspieszyć. Pierwsza wizyta w sklepie i uzupełnienie zawartości bidonów. Kolejne kilkadziesiąt kilometrów do Krakowa pokonałem, jadąc we trójkę w pierwszej grupie wraz z Czarkiem i Krystianem głównie dobrze utrzymanymi wałami. Za Krakowem wpadliśmy na Wiślaną Trasę Rowerową – kolejne asfaltowe kilometry mijały szybko. Chcieliśmy koniecznie zdążyć na prom na Dunajcu w Wietrzychowicach na 278. kilometrze, który kursował do dwudziestej. Udało się, przybyliśmy kilkadziesiąt minut przed czasem. Zamierzaliśmy jechać non stop również w nocy, bez przerwy na sen. Tempo było wysokie – blisko 50 godzin od startu do mety. Około północy wjechaliśmy do Sandomierza. Puste miasto, żywej duszy. Gdy byliśmy na głównej drodze pod zamkiem, chcieliśmy zjechać w lewo w nie do końca dozwolonym miejscu – nagle podjechał do nas radiowóz. No to fajnie. Na szczęście po krótkiej rozmowie wszystko się wyjaśniło, policjanci byli tylko ciekawi, co to za jedni jeżdżą po nocy po ich pięknym mieście. Za Sandomierzem pocisnęliśmy mocno w górę na czołówkach przez Góry Pieprzowe – nie myślałem, że będę butował w tych okolicach. Noc minęła nam na wspólnej jeździe i rozmowach, nie czułem potrzeby snu. Nad ranem dotarliśmy w okolice Kazimierza Dolnego – niestety, jechaliśmy drugą stroną rzeki. Ale i tak o tej porze nie kupilibyśmy słynnych kogutów. Kawałek za Kazimierzem, w trudniejszym terenie, mocniej przycisnąłem, odjechałem od Czarka i Krystiana na kilka minut, później jednak odpuściłem i mocno zwolniłem. Nie było co się szarpać, jeszcze przecież kilkaset kilometrów do mety…

 

Kolejne godziny, podczas których jechaliśmy znowu razem, minęły szybko. Przed Górą Kalwarią tankowanie wody u gospodarza – chłopcy chcieli odpocząć kilka minut. Ja pomknąłem dalej, jadąc według założeń swoim tempem. Pewnie niebawem dojadą i znowu pojedziemy razem. Liczyłem na to, że w Warszawie zjem coś konkretnego – w końcu od ponad doby żywiłem się suszonymi owocami, batonami i bananami. Do stolicy niby już było blisko, ale nie do końca. W okolicach Otwocka i Józefowa, od ujścia Świdra do Wisły, zrobiło się ciekawie – wjechałem w wymagający teren, trasa wiodła wąskimi ścieżkami tuż nad Wisłą. Super, świetna odmiana po wielu kilometrach szutrami i asfaltami. Wreszcie miasto. Wizyta na stacji benzynowej przy moście Łazienkowskim i pierwsze ciepłe danie. Pierogi ruskie weszły znakomicie. Chętnie zjadłbym drugą porcję, ale nie skończyłoby się to chyba dobrze. Z niepełnym żołądkiem pomknąłem dalej wśród rowerzystów i biegaczy oblegających wały ciągnące się na północ od Warszawy. Półtorej godziny po pierogach – przed Nowym Dworem Mazowieckim – poczułem ogromną senność. Chyba nadszedł czas na poobiednią drzemkę. Nastawiłem budzik w telefonie na pięć minut i poszedłem spać. Kilka minut leżenia na trawie, bez świadomości, w objęciach Morfeusza trwało dla mnie sekundę, ale okazało się wystarczające. Nie powiem, że wyspany, ruszyłem jednak dalej. Za twierdzą Modlin trudniejszy odcinek w terenie przez Zakole Zakroczymskie, całe szczęście, że było jeszcze jasno. Sprawdzałem na bieżąco w serwisie online w smartfonie położenie jadących za mną – moja przewaga po rozstaniu przed Warszawą zwiększyła się mimo mojej spokojnej jazdy i przerwy na sen. Super. Czując nadchodzącą drugą nockę, uzupełniłem zapasy w Wyszogrodzie.

Ze sklepu wyszedłem z pięcioma litrami różnych płynów, suszonymi owocami, ciastkami, drożdżówkami, bananami i kilogramową paczką pierogów. Nie mogąc zmieścić wszystkiego do sakw i kieszonek, wepchnąłem w siebie sporą część. Zjadłem zdecydowanie za dużo – przez kilka kilometrów po tej zbyt obfitej kolacji nie mogłem dojść do siebie. Na szczęście ułożyło się w miarę szybko i pełen energii rozpocząłem drugą nockę. Około dziesiątej w nocy odebrałem telefon od córki: Tato, mamy zalany dom. Nie...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy