Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

29 kwietnia 2020

NR 39 (Kwiecień 2020)

KilimanjaroBikeChallenge. Jak od zera zaplanować i zrealizować przygodę życia

140

Każdy z nas ma w głowie taką wajchę. Można nigdy jej nie ruszać i życie będzie toczyło się spokojnie do przodu. Można tak żyć i mieć sporo satysfakcji.

Wajcha w przełożeniu „inni to mają fajnie” nie robi nikomu krzywdy. Można ją jednak czasem przestawić. Trochę ta wajcha wtedy iskrzy i grzeje się, podnosi się lekko ciśnienie i mocno zmieniają się priorytety. Niektórzy sądzą, że ta dźwignia to po prostu taki uchwyt, że w ogóle się go nie rusza, że jedyne słuszne ustawienie to takie, w którym życie płynie sobie obok Ciebie. Ja też tak długo myślałem. Coś mnie jednak tknęło i użyłem trochę mentalnego odrdzewiacza. Wtedy moja wajcha drgnęła. Moja przygoda zaczęła się od przestawienia wajchy w położenie „przecież ja też tak mogę”. 
 


Inspiracje

Zawsze inspirowali mnie ludzie, którzy potrafili przełamywać granice. Naukowe, sportowe, w sztuce, światopoglądowe… Tacy, którzy potrafili iść pod prąd, wbrew ogólnej opinii, wyznaczając horyzonty ludzkich umiejętności. Poszukując nowych wyzwań, obejrzałem trochę filmów, spotykałem się z ciekawymi ludźmi, by w końcu trafić na artykuł w „bikeBoard” o pewnych wyczynach, które stały się dla mnie ostateczną inspiracją. Postanowiłem określić sobie wyzwanie, które byłoby dla mnie nowym doświadczeniem oraz pozwoliło skonfrontować swoje umiejętności z wyczynami zawodowców. Wybór padł na wjazd rowerem na Kilimandżaro: 5895 m n.p.m., dach Afryki, zaliczany do Korony Ziemi. Dlaczego Kilimandżaro? Bo to wysoka góra i żaden rodak tam jeszcze nie wjechał. Chciałem dokonać tego na przekór losowi, ponieważ przez sześć miesięcy 2017 roku leczyłem kontuzję kręgosłupa (wielkie dzięki dla Jarka i Pawła – mistrzowie rehabilitacji), a lekarz proponował mi spokojniejszy tryb życia. Dlaczego na rowerze górskim? Ponieważ go lubię, nie ogranicza mnie. Może zmęczy bardziej, ale taką właśnie miałem nadzieję. W ten sposób narodził się projekt KilimanjaroBikeChallenge. Idąc za słowami Williama Wallace’a: „Każdy człowiek umiera, nie każdy naprawdę żyje”, zacząłem żyć swoim wyzwaniem.
 


Przygotowanie fizyczne

Jako uczestnik maratonów MTB (zaliczyłem ich ponad 30 w cyklu Polnadbike), zawodów triathlonowych i bywalec klubów fitness uważałem, że moja sprawność fizyczna jest na niezłym poziomie. Przez ostatnie trzy lata, z których sześć miesięcy ukradła mi kontuzja kręgosłupa, naprawdę się nie obijałem. Mój cotygodniowy trening obejmował trzy treningi siłowe, dwa baseny, dwa razy rower po 30–50 km oraz dwa biegi po 3–10 km. Często biegałem w masce treningowej. Założyłem, że potrzebuję weryfikacji swoich umiejętności w trzech aspektach:

  • wjeżdżanie i zjeżdżanie z góry,
  • wydolność podczas długotrwałego ciągłego wysiłku,
  • reakcja organizmu na wysiłek na wysokości.

Pierwszy punkt sprawdziłem najpierw na Śnieżniku. Najwyższy szczyt po polskiej stronie w Sudetach Wschodnich i w Masywie Śnieżnika. Wjazd rozpocząłem od strony Międzygórza, po drodze kilka ekstra widoków, podjazdów, zjazdów, kilka kilometrów poszukiwania nowych tras i góra zdobyta. Wynik – 7 godzin, 43 km w siodle, suma przewyższeń 1736 m, 10 km pchania, niesienia roweru, 4500 kalorii spalonych. Udało się bez kapcia! Kolejna była Łysica – najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich. Żeby nie było łatwo, najpierw ukończyłem maraton MTB w Wąchocku, później wdrapałem się rowerem na Łysą Górę, by ostatecznie stanąć na Łysicy. Wynik: 3 godziny, 40 km w siodle, suma przewyższenia 1020 m, 4000 kalorii spalonych. Bez kapcia.
Drugi aspekt zweryfikowałem w sierpniu – zdobywając przez dziewięć dni 28 kolejnych szczytów poszczególnych pasm górskich Polski (m.in. Śnieżkę, Rysy, Babią Górę, Turbacz, Radziejową i Tarnicę). Codzienne pokonywanie szczytów i przemieszczanie się samochodem z zachodu na wschód wzdłuż całej południowej granicy Polski oznaczało 3000 km za kółkiem. Wynik: 30 000 kalorii spalonych, 2133 piętra w górę, 3152 pięter w dół. Razem 240 km. Bardzo szybki trekking po górach, który mógłby stanowić materiał do kolejnego artykułu.
 

Doświadczenia nie kupisz!

Ostatni punkt zweryfikowałem podczas trzydniowego pobytu w Tatrach Wysokich. Najpierw nocne wejście na Zawrat od strony Kuźnic, zejście do schroniska PTTK w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Wejście i zejście poszło mi bez problemu, poza faktem, że padła latarka, a zapasu nie zabrałem. Superlekcja przed Kilimandżaro – tam atak na szczyt rozpoczyna się o północy. Doświadczenia nie kupisz! Kolejny dzień to wędrówka po górach na Szpiglasowy Wierch i przeprawa granią na Wrota Chałubińskiego. Ostatniego dnia zrobiłem kolejny szybki spacer po górach, z wejściem na Kozi Wierch, zejściem do schroniska Murowaniec, biegiem do Kuźnic, przejazdem do Brzezin i wjazdem rowerem czarnym szlakiem na Halę Gąsienicową. Według oznaczeń długość trasy to 6,4 km, 500 m przewyższeń i 1,5 godziny kręcenia. Halę zdobyłem po 50 minutach, zjazd zajął mi kolejne 20 minut (znów padła latarka!), 4000 kalorii spalonych w ciągu całego dnia i satysfakcja, że się udało (prawie – liczyłem na 45 minut, ale pewnie 27 km z buta przed wjazdem na Halę dało nogom trochę do myślenia). Łącznie 62 km w Tatrach Wysokich i 10 000 tysięcy spalonych kalorii. 
 


Prawdziwa siła techniki się nie boi

Udając się zatem na wyprawę, byłem doskonale przygotowany fizycznie. Miałem braki w technice zjazdu (maraton MTB to nie enduro). Nadal pozostawała niepewność co do reakcji organizmu na wysokość, wszak 2000 m n.p.m. nie ma nic wspólnego z 5895 m n.p.m., ale nie miałem już czasu na weryfikację. Klamka zapadła. 

Logistyka

Początkowo szukałem polskiego biura podróży, które organizowałoby wyprawę rowerową na Kilimandżaro. Okazało się, że brakuje na polskim rynku lidera, który miałby doświadczenie w tej materii. Za pośrednictwem poczty elektronicznej nawiązałem kontakt z Abenteuerreisen GmbH, firmą, o której czytałem w „bikeBoard”. Tam spotkałem się z pełnym profesjonalizmem: na każdego maila odpisywali bardzo szybko, na wszystkie pytania uzyskałem odpowiedzi, poszli mi na rękę w kwestii płatności, choć byłem klientem nie do końca zdecydowanym. 
Liderem wyprawy był Gerhard Czerner, który na Kilimandżaro wjeżdżał z Dannym MacAskillem. Gerhard okazał się superfacetem o dużym doświadczeniu, spokoju i dystansie do otoczenia. Man crazy, but not stupid. Just like me. Zanim wsiadłem do samolotu, firma przesłała plan całego tripu oraz informacje o sprzęcie, jaki muszę zabrać. Zapewniła odbiór z lotniska, przewóz do i z hotelu. Dostałem też dane i telefon lokalnego partnera – Richarda Mollela z Extrek Africa, kolejnego supergościa. Musiałem tylko kupić bilet i podać numer rejsu. Leciałem do Afryki przez Dubaj liniami Emirates. Gdybym szybciej zdecydował się na wyjazd, bilet mógłby być tańszy o jakieś 400 zł. Fajnie, że pracownicy linii łaskawym okiem spojrzeli na mój nadbagaż. Rower Cube AMS 100 C:68 Race 29 spakowałem do kartonu z chłopakami ze sklepu Skiteam w Warszawie. Dodatkowo wykupiłem polisę ubezpieczeniową. 

Finanse

Najprościej jest pieniądze na realizację marzeń zarobić. Można też zorganizować zrzutkę albo poszukać sponsorów. Ja spróbowałem wszystkiego. Prawie cały koszt wyprawy pokryłem osobiście. Na portalu zrzutka.pl zorganizowałem zbiórkę pieniędzy. Zbiórka trwała tylko półtora miesiąca, a ja zebrałem 1480 złotych. Rodzina, przyjaciele i znajomi wyłożyli własną kasę, abym mógł zrealizować swoje wyzwanie. Bogdan i Grzegorz z Polandbike pomogli w nagłośnieniu wyprawy w mediach. Media społecznościowe to podstawa, jeśli chcesz, aby ludzie o Tobie usłyszeli. Miałem szczęście do sponsora: ludzie związani ze sportem zawsze mają wielkie serce do sportowych świrów. Dzięki wsparciu Strefy mocy otrzymałem pełną suplementację przed wyjazdem, w okresie przygotowywania się do wyprawy oraz na całą wyprawę. Mogłem też liczyć na ich porady w zakresie diety i treningu. Wielu z nas myśli, że może samemu zrobić wszystko i wszystkiego się nauczyć. Też tak uważam, ale zawsze słucham porad najlepszych. To zawodowcy pozwalają nam zbliżyć się do gwiazd, które sami wybieramy. Warto mieć ich obok siebie.
Jeśli chcesz znaleźć sponsora, musisz zacząć pisać do firm co najmniej sześć miesięcy przed planowanym wyjazdem. Na tej planecie jest wielu utalentowanych ludzi, nie jesteś sam. Musisz być świadomy konkurencji, z jaką się spotkasz. Konkurencji, która w moim odczuciu jest bardzo zacna. Firmy nie spieszą się z udzielaniem wsparcia, ale to do kreatywnych i cierpliwych świat należy – próbuj!

No to jazda!

Pierwsze dwa dni wyprawy poświęciliśmy na sortowanie plecaków (w hotelu zostawiłem 3 kg zbędnych rzeczy – wystarczyło czytać ze zrozumieniem listę przesłaną przez biuro), sprawdzeniu i przygotowaniu rowerów oraz zapoznaniu się z celem naszej wyprawy. Gerhard opowiadał, czego się możemy spodziewać. Pomógł złożyć rowery, udzielił kilku cennych uwag co do pozycji na rowerze i ustawienia kierownicy. Richard Mollel, szef firmy Extrek Africa, mówił, co należy zrobić, aby choroba wysokościowa nie zniweczyła naszej przygody z górą. Po raz pierwszy usłyszałem słowa pole, pole (wolno, wolno). Tak miało wyglądać tempo naszej jazdy i marszu. Przekaz liderów grupy był jasny – mieliśmy stać się jedną rodziną. Rodziną, w której każdy odpowiada za siebie, ale myśli o innych. Trzech Szwajcarów, jeden Polak, Nie...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy