Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

12 sierpnia 2019

NR 33 (Sierpień 2019)

Mediolan – Alpy – Jelenia Góra… z sakwami!

0 126

Pomysł na przejechanie Alp rowerem tkwił w mojej głowie od dawna, a dokładniej od momentu, kiedy wiele lat temu zobaczyłem te góry po raz pierwszy. Oprócz tego, że był to pomysł na wakacje, to miały być one również budżetowe – stąd rower z sakwami.

Założenie było proste: ze względu na łatwy dojazd ruszamy z Mediolanu lub Bergamo i jedziemy na tyle daleko, na ile pozwoli nam urlop. W planach było także przejechanie kilku wysokogórskich przełęczy, które staną nam na drodze. Na liście były dwa punkty obowiązkowe, czyli Passo dello Stelvio i Przełęcz Karkonoska. Planując trasę, wybieraliśmy w miarę możliwości mało ruchliwe drogi asfaltowe i ścieżki rowerowe. Jak się później okazało, te ostatnie często jednak oznaczają wielokilometrowe objazdy, co przy tak długim dystansie ma niebagatelne znaczenie. 

Włochy

Dojazd do Włoch mieliśmy bardzo ułatwiony, gdyż zabraliśmy się samochodem z rodziną do samego Mediolanu. Po pysznym śniadaniu u przemiłych włoskich gospodarzy ruszyliśmy nad jezioro Como. Z każdym kilometrem pasmo Alp stawało się coraz bliższe i bardziej majestatyczne. Trasa wzdłuż jeziora jest dosyć płaska, a widoki doprawdy przepiękne. W celu uniknięcia jazdy z samochodami w zadymionych tunelach drogę dla rowerów poprowadzono częściowo starymi fragmentami jezdni wykutymi w skale lub tunelami tylko dla ruchu rowerowego. Mimo że otaczające jezioro góry są już naprawdę wysokie, to tafla jeziora położona jest dosyć nisko, dzięki czemu woda jest ciepła i na każdym kroku zachęca do popływania. Jezioro Como, podobnie jak jezioro Garda, poza widokami pięknych willi na brzegu, wąskich, urokliwych uliczek oraz prawdziwie włoskiego klimatu i jedzenia oferuje mnóstwo możliwości aktywnego spędzenia czasu. W okolicy wyznaczono wiele tras dla rowerów górskich, liczne trasy piesze i wspinaczkowe. Na jeziorze można też popływać jachtem, na desce SUP czy zasmakować windsurfingu. Warto również wspomnieć o licznych kempingach nad samym jeziorem, które pozwalają spokojnie rozbić namiot. Możliwości jest tak dużo, że właściwie moglibyśmy zakończyć już tam naszą podróż, jednak prawdziwe alpejskie podjazdy dopiero na nas czekały! 
 


Po całonocnej burzy ruszyliśmy w strugach deszczu w stronę Szwajcarii. Drugiego dnia na naszej drodze stanęła pierwsza z sześciu przełęczy, czyli Malojapass (1815 m n.p.m.). Mimo że nie był to najwyższy punkt na naszej trasie, to padający deszcz, temperatura bliska 10 stopni na plusie oraz przewyższenie rzędu 1600 m były naprawdę wymagające.

Szwajcaria

Po wjeździe do Szwajcarii deszcz przestał padać, ceny paliwa na mijanych stacjach spadły, a jedzenia – wzrosły. Przełęcz Maloja była naszymi wrotami do Alp i jednocześnie wrotami do Engadyny – doliny, którą mieliśmy jechać przez większą część kolejnego dnia. Najpierw jednak zatrzymaliśmy się na kempingu Maloja nad jeziorem Silsersee. Nocleg na wysokości ponad 1700 m n.p.m. był dobrym pomysłem – ze względu nie tylko na aklimatyzację, ale także niesamowite widoki z drogi prowadzącej na kemping. 
 


Kolejnego dnia trasa prowadziła przez wspomnianą już dolinę Engadyny. Droga, aż do miejscowości Zernez, opada praktycznie cały czas lekko w dół, a dopełnieniem tego są niesamowite widoki na góry i mijane jeziora. Po wyjeździe z Zernez zaczyna się konkretny podjazd, a zaraz za nim Szwajcarski Park Narodowy. Przed kolejną przełęczą, czyli Ofenpass (wł. Passo del Forno, 2149 m n.p.m.) znajduje się jednokierunkowy tunel, którym można dojechać do znanej narciarskiej miejscowości Livigno we Włoszech.
 


Jak wiadomo, po długiej wspinaczce najbardziej wyczekiwaną rzeczą jest zjazd. Z przełęczy Ofenpass zjechaliśmy na wysokość 1400 m n.p.m. do malowniczej miejscowości Santa Maria Val Mustair. Kameralny kemping Campingplatz Pè da Munt był naszą bazą wypadową na przełęcz Stelvio. Warto tutaj zaznaczyć, że we wszystkich krajach na naszej trasie rozbijanie namiotów na dziko jest nielegalne. O ile w Polsce nikt nie zwraca na to uwagi, o tyle np. za rozbicie namiotu w Szwajcarskim Parku Narodowym grożą kary rzędu nawet 7200 franków szwajcarskich. Lepiej więc trzymać się kempingów.

Stelvio i ponownie Włochy

Po ostatnim zimnym poranku tego wyjazdu podjazd na przełęcz Stelvio rozpoczęliśmy mało uczęszczaną drogą od strony Szwajcarii. Przy wtórze dzwonków pasących się krów i pośród górskich widoków trasa nieubłaganie pięła się w górę. Wśród kolarzy podjeżdżających na lekkich szosówkach nasze rowery objuczone sakwami i namiotami wzbudzały niemałą sensację, ale też prowokowały do rozmów i pozdrowień, co było dodatkową motywacją do dalszej wspinaczki. Po kilku godzinach ciągłego podjazdu i 1500 m pokonanych w pionie, witani brawami przez odpoczywających kolarzy, stanęliśmy w końcu na wymarzonej przełęczy. Na górze było jeszcze sporo śniegu i mimo pełnego słońca temperatura oscylowała w okolicach 22 stopni Celsjusza. Poza zapierającymi dech w piersiach widokami na Stelvio warto też przyjechać ze względu na niesamowity zjazd. Różnica poziomów między Stelvio (2758 m n.p.m.) a doliną Adygi, do której zjechaliśmy, wynosi blisko 2000 metrów. 

Po tym odcinku specjalnym wjechaliśmy na bardziej płaskie włoskie drogi. Jadąc w kierunku miasta Merano, trafiliśmy na fragment rowerowej trasy Via Claudia Augusta. Ścieżka jest świetnie oznakowana, niemal całkowicie oddzielona od ruchu ulicznego, ma asfaltową nawierzchnię i przebiega w sąsiedztwie rzeki i licznych sadów. Dzięki temu jest to świetna trasa do rekreacyjnego jeżdżenia rowerem, np. z dziećmi. Na bardziej stromym odcinku wytyczono nawet serpentyny tylko dla rowerzystów! 

Od tego momentu zaczęły się upały, które pod koniec czerwca tego roku dotknęły większą część Europy. W Merano temperatura przekroczyła 40 stopni Celsjusza. Dzień skończyliśmy kilkanaście kilometrów dalej w miejscowości Saltusio na rewelacyjnie położonym kempingu w zakolu rzeki i do tego z darmowym basenem. Jest to miejsce, które poza pięknym usytuowaniem oferuje możliwość wjazdu kolejką linową na wysokość ponad 2000 m n.p.m. i piesze lub rowerowe wędrówki licznymi szlakami, loty paralotnią, a także zwiedzanie licznych muzeów oraz zamków w okolicy.

Kolejnym etapem podróży było zdobycie przełęczy Passo di Monte Giovo (niem. Jaufen Pass, 2094 m n.p.m.). Wspinaczkę rozpoczęliśmy przed siódmą rano, żeby choć trochę uniknąć upału. Poranne mgły tworzyły naprawdę niesamowitą scenerię.

O ile przy podjazdach na wcześniejsze przełęcze nie było widać, skąd zaczynaliśmy podjazd, o tyle tutaj praktycznie cały czas widzieliśmy, skąd jedziemy, co tworzyło naprawdę niezapomniane wrażenie. Przełęcz Giovo różniła się także znacznie pod względem struktury odwiedzających ją pojazdów. Na Stelvio byli to w większości rowerzyści, z kolei w drodze na Giovo mijały nas głównie hałasujące motory i samochody. 

Kolejna dolina przywitała nas jeszcze większym upałem. Przed wjazdem na znaną głównie z tranzytu przełęcz Brennero Pass (1374 m n.p.m.) temperatura sięgnęła 46 stopni Celsjusza. Sama przełęcz była chyba najmniej spektakularnym odcinkiem na naszej trasie. Przebiega przez nią autostrada, a także bardzo ruchliwa trasa kolejowa. Gdy przewyższenie tego dnia przekroczyło 2000 m, został nam tylko zjazd w okolice Innsbrucku, gdzie trafiliśmy na bardzo przyjazny kemping Natterer See. Jak się okazało, dzięki położeniu nad jeziorem jest to popularne miejsce nie tylko wśród turystów, ale także wśród mieszkańców miasta chcących odpocząć trochę od upału.

Austria

Przejazd przez Austrię zajął nam tylko jeden dzień. W Innsbrucku zabytkowe ulice i budynki stojące na tle ośnieżonych szczytów górskich robią duże wrażenie. Miasto, jak sama nazwa wskazuje, położone jest nad rzeką Inn, wzdłuż której jechaliśmy drogą i ścieżkami rowerowymi przez większą część dnia. Mimo że podczas upału chciałoby się wskoczyć do orzeźwiającej rzeki, wody Innu są rwące i zupełnie nieprzejrzyste przez dużą zawartość wapnia. Ciekawostką jest fakt, że Inn bierze swój początek w okolicach przełęczy Maloja w dolinie Engadyny, którą przejeżdżaliśmy kilka dni wcześniej.
 


Niemcy

Kolejnym etapem było dostanie się z okolic jeziora Chiemsee blisko granicy austriacko-niemieckiej do leżącej w pobliżu granicy z Czechami Pasawy. Był to jeden z bardziej płaskich odcinków, dlatego przejechaliśmy aż 167 km. Mimo że trasa niejednokrotnie kończyła się na autos...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy