Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

13 czerwca 2019

NR 31 (Czerwiec 2019)

Nieoczywista kuźnia sław

0 187

„Tylko trzy rzeczy w życiu są pewne: śmierć, podatki i Marco Frapporti w ucieczce” – zażartował ktoś po pierwszym tygodniu Giro d’Italia. Ale w tym niewinnym żarcie jest też ukryta cała prawda o Corsa Rosa: choć pewne rzeczy wydają nam się oczywiste, ten wyścig w istocie jest całkowicie nieprzewidywalny. I w tej swojej nieprzewidywalności tworzy także zupełnie nieoczywistych bohaterów

Kto przed tegorocznym Giro kojarzył takie nazwiska jak Damiano Cima, Fausto Masnada, Dario Cataldo, Nans Peters, Chad Haga czy Giulio Ciccone? Jeśli byli znani, to zapewne niezbyt szerokiej grupie kolarskich fanów śledzących dalekowschodnie wyścigi, choć akurat talent Masnady objawił się kilka tygodni przed Giro, gdy Włoch wygrał dwa etapy wyścigu Tour of the Alps. Warto do tego grona dołączyć jeszcze Cesare’a Benedettiego, bo choć sympatyczny Włoch polskim kibicom znany jest doskonale, a światowa publiczność może go kojarzyć z tytanicznej pracy na czele peletonu w wielu wyścigach, to jako etapowy zwycięzca jednego z największych wyścigów na świecie dał się poznać po raz pierwszy po blisko dekadzie spędzonej w zawodowym peletonie. 

Co takiego sprawia, że „Wielkie Toury” niespodziewanie ujawniają skrywane przez lata talenty? Przecież na pierwszy rzut oka wydaje się to przeczyć logice: na najważniejsze wyścigi w sezonie wystawia się zwykle najmocniejsze składy, oparte na sprawdzonych i znanych nazwiskach. Pozory jednak mylą, bo choć z jednej strony „Wielkie Toury” to walka o wielkie stawki, to z drugiej – również czas wielkich eksperymentów.

Jedną z najważniejszych rzeczy, która stanowi paliwo do grandtourowej eksplozji nieoczywistych talentów, jest specyficzna mieszanka założeń taktycznych, z jakimi drużyny stają na starcie imprezy. W tak długim i trudnym wyścigu, jakim jest Giro d’Italia, objawia się w pełnej krasie złożoność dyscypliny, jaką jest kolarstwo. O ile bowiem dla przeciętnego widza, siadającego kilka razy w roku przed ekranem telewizora, by dopingować swojego ulubionego kolarza, będzie to zwykle rywalizacja ludzi, którzy najszybciej jeżdżą po górach, o tyle bardziej doświadczeni kibice zobaczą na trasie mnóstwo nietypowych zachowań, które na koniec składają się w spodziewany sukces. 

Nie wszyscy pamiętamy o tym, że kolarstwo jest przede wszystkim sportem drużynowym, w którym sukces jest wynikiem realizacji przez cały zespół gruntownie przemyślanej taktyki i osiąganiem jasno wyznaczonego celu. Bo choć oczywiście najcenniejsze jest zwycięstwo w całym wyścigu, to prowadzone w nim dodatkowe klasyfikacje wcale nie są – jak się często błędnie uważa – nagrodami pocieszenia dla tych, którym nie poszło zbyt dobrze w „generalce”. Bywa, że o te dodatkowe koszulki trzeba stoczyć naprawdę ciężką walkę.

Najlepiej przekonał się o tym Pascal Ackermann z ekipy BORA-hansgrohe, który na starcie Giro d’Italia stawał z zadaniem wygrania co najmniej jednego etapu i temu celowi podporządkowana była praca całej drużyny w pierwszym tygodniu rywalizacji. A kiedy to zadanie zostało zrealizowane, a na ciele Ackermanna pojawiła się cyklamenowa koszulka lidera klasyfikacji punktowej, strategia zespołu została zmieniona i BORA-hansgrohe skupiła się na obronie cennej zdobyczy. Oznaczało to również rewizję innego celu drużyny: wysokiego miejsca w klasyfikacji generalnej. Między innymi z tego powodu Rafał Majka, któremu przypadło zadanie osiągnięcia tego celu, od pewnego momentu musiał sobie radzić sam, licząc najwyżej na pomoc Davide’a Formola, choć on również był w końcówkach płaskich etapów angażowany do pracy na rzecz Ackermanna. 

Dlaczego podjęto takie decyzje? To przede wszystkim kwestia strategii i dobrze skalkulowanego interesu ekipy. Z każdą klasyfikacją wiąże się bowiem specyficzny zestaw benefitów, o które walczy drużyna: obecność na podium, większa liczba wzmianek sponsora, więcej zdjęć w mediach społecznościowych i – jak by nie patrzeć – więcej pieniędzy, a przecież sportu zawodowego nie sposób uprawiać wyłącznie dla idei.
 



W podobnej sytuacji znalazła się drużyna Trek-Segafredo, gdy Giulio Ciccone już na pierwszym etapie zdobył – dość nieoczekiwanie również dla siebie samego – niebieską koszulkę lidera klasyfikacji górskiej. „Potraktowałem to trochę jako żart – mówił później. – Nie byłem wyznaczony do walki o klasyfikację generalną, miałem przede wszystkim pomagać Bauke Mollemie. Postanowiłem więc sam dla siebie sprawdzić, jak szybko mogę pokonać podjazd na Santa Luca podczas pierwszej czasówki”. Podjechał najszybciej, zdobył niebieską koszulkę najlepszego górala, po czym… do końca wyścigu walczył o nią jak lew, tylko na jeden odcinek oddając prowadzenie w klasyfikacji Gianluce Brambilli, czyli koledze z zespołu. Ciccone dostał od zespołu wolną rękę do walki o cel, który poniekąd sam sobie wyznaczył i który tak go uskrzydlił i tak zaangażował, że pozwolił mu również sięgnąć po etapowe zwycięstwo na jednym z najtrudniejszych górskich etapów. Mimowolną „ofiarą” tego żartu stał się Bauke Mollema, który – podobnie jak Rafał Majka – w walce o wysokie miejsce w klasyfikacji generalnej został sam. Ale ekipa Trek-Segafredo raczej nie miała powodów do narzekania. 

Wróćmy do naszych „mimowolnych” bohaterów, wymienionych we wstępie. Zanim Damiano Cima został sensacyjnym zwycięzcą 18. etapu Giro d’Italia, dał się poznać światu jako niestrudzony uciekinier, walczący o klasyfikację „Fuga Pinarello” – kolarzy najdłużej jadących w ucieczkach. Nie bez powodu organizatorzy „Wielkich Tourów” tworzą tego typu klasyfikacje i nagradzają w nich kolarzy. Jest to część zmyślnego systemu, pozwalającego na aktywne uczestnictwo w wyścigu kolarzom z drużyn zapraszanych przez organizatorów i startujących z tzw. dziką kartą. Wygrywają na tym wszyscy: sponsorzy tych ekip, dla których czas spędzony na czele wyścigu jest czasem ekspozycji logotypów w telewizji, kolarze, którzy dzięki temu mają szansę pokazać się z najlepszej strony i zdobyć zainteresowanie ze strony dyrektorów sportowych ekip worldtourowych, ale także odciążeni przez ucieczki od konieczności dyktowania tempa wyścigu zawodnicy i liderzy ekip, które walczą o najwyższą stawkę. Często zyskuje na tym również samo widowisko, w którym nie każdą sytuację da się przewidzieć i nie każde rozstrzygnięcie można wcześniej zaplanować.

Finisz w Santa Maria di Sala, gdzie kończył się 18. etap Giro d’Italia, pokazał tę złożoność w całej okazałości. Najwięcej do wygrania miała tutaj ekipa Groupama FDJ, jadący bowiem w jej barwach Arnaud Demarè bronił na tym etapie cyklamenowej koszulki lidera klasyfikacji punktowej. Przed metą etapu miał 14 punktów przewagi nad Pascalem Ackermannem. Żeby wygrać tę klasyfikację, zespół Groupamy w zasadzie nie musiał robić nic: przed peletonem jechała trójka uciekinierów, która dojeżdżając na metę, zgarnęłaby największą pulę punktów, a to najbardziej skomplikowałoby sytuację Ackermanna. Demarè był względnie bezpieczny i nawet gdyby przyjechał na metę kilka pozycji za Niemcem z BORY, obroniłby punktową koszulkę. Ale Groupama postanowiła mimo wszystko dogonić ucieczkę i rozprowadzić Demarè na finiszu, który miał potwierdzić jego dominację w klasyfikacji. Rozpo...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy