Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

17 października 2019

NR 35 (Październik 2019)

Słoweńska corrida

0 64

„Chyba nikogo nie zaskoczę, jak powiem, że to był jeden z najcięższych Grand Tourów, jakie jechałem w swojej karierze” – napisał po powrocie z Hiszpanii Rafał Majka. Trudno z tym dyskutować, bo w końcu to on poczuł we własnych nogach trudy tegorocznej Vuelty. Ale mimo wszystko kibice mogli czuć się zaskoczeni. Bo ten wyścig pod wieloma względami był absolutnie wyjątkowy: od profilu trasy zaczynając, a na niektórych rozstrzygnięciach kończąc.

Już choćby z racji umieszczenia w kalendarzu Vuelta a España staje przed poważnym wyzwaniem: jest ostatnim z Wielkich Tourów w sezonie, często traktowanym jak nagroda pocieszenia dla tych, którzy nie zrealizowali swoich planów podczas Giro d’Italia lub Tour de France. Bywa również poligonem dla kolarzy, którym kończą się kontrakty i którzy szukają szansy na związanie się z nowym pracodawcą. Nie brakuje też krytyków, którzy wytykają hiszpańskiemu wyścigowi mniejszą liczbę gwiazd na liście startowej, a zdarzają się i tacy, którzy dowodzą, że niektóre ekipy na Vueltę wysyłają składy rezerwowe. 
Ale mimo tej krytyki Vuelta a España ma również zagorzałych zwolenników, którzy konsekwentnie twierdzą, że jest najciekawszym i najmniej przewidywalnym spośród wszystkich trzech trzytygodniowych wyścigów. I wszystko wskazuje na to, że w tym roku to właśnie ta grupa obserwatorów kolarskiego życia dostała od losu kolejne argumenty. Tegoroczna Vuelta raczyła nas bowiem jak z rogu obfitości: skutecznymi ucieczkami, nieoczekiwanymi zwycięzcami etapów, niemal codzienną zmianą lidera w pierwszej części wyścigu i nieprawdopodobną walką o podium na ostatnich etapach.
Zaskakujący był już otwierający wyścig etap drużynowej jazdy na czas, rozgrywany w Salinas de Torrevieja, w prowincji Alicante. Spodziewano się tutaj pokazu mocy drużyny Jumbo-Visma, jadącej pod wodzą Primoża Rogliča, ale rozpędzony pociąg holenderskiej ekipy na jednym z zakrętów wypadł z torów i wylądował w barierkach. Zresztą nie on jeden, bo podobny los spotkał ekipę Katushy, ale to właśnie Słoweniec z Jumbo-Visma, przed startem wyścigu wskazywany jako jeden z głównych faworytów, rozpoczął trzytygodniowe zmagania od czterdziestosekundowej straty i poobijanego boku. Pierwszym liderem został Miguel Angel Lopez z Astany, która na linii mety wyprzedziła o dwie sekundy zespół Deceuninck – Quick Step.
Scenariusz drugiego etapu na papierze pisany był pod sprinterów. Blisko dwustukilometrowy odcinek kończył się płaskim finiszem w Calpe, choć niespełna 30 kilometrów wcześniej na drodze czaiła się spora przeszkoda – niezbyt długi, bo zaledwie trzykilometrowy, ale za to dość stromy podjazd pod Alto Puig Llorenca. I to właśnie tam nieoczekiwanie zaatakowała grupa kolarzy, których zrywu w tak wczesnej fazie wyścigu nie spodziewał się chyba nikt. 
Przed peletonem znalazła się nagle niemal cała grupa kandydatów do zwycięstwa w wyścigu, między innymi z Rogličem, Quintaną, Roche i Uranem na czele oraz kilkunastoosobową grupą mocnych kolarzy nieco ponad pół minuty dalej. Finisz należał do Nairo Quintany, który niecałe trzy kilometry przed metą postanowił spróbować samotnego ataku. Skutecznego, dzięki czemu żegnający się z drużyną Movistaru Kolumbijczyk sięgnął po swoje drugie etapowe zwycięstwo w Vuelcie. Jeśli ktokolwiek wpadł na pomysł obstawienia Nairo Quintany jako zwycięzcy tego „sprinterskiego” etapu, na koniec dnia cieszył się z pewnością z sowitej nagrody. Podobnie jak ktoś, kto postawił na Nicolasa Roche w roli lidera, bo to właśnie finiszujący na drugiej pozycji Irlandczyk z Sunwebu założył w Calpe czerwoną koszulkę, w której jechał później przez trzy kolejne dni.
Na następny zaskakujący spektakl czekaliśmy do piątego etapu, kończącego się podjazdem pod Obserwatorium Astrofizyczne Javalambre, którego głównym aktorem stał się Hiszpan Angel Madrazo. Jadący w koszulce lidera klasyfikacji górskiej kolarz ekipy Burgos BH postawił sobie za cel powiększenie swojego dorobku w tej rywalizacji, korzystając z przewagi, jaką udało mu się wypracować wraz z dwójką kolarzy, z którymi zawiązał skuteczną ucieczkę: z partnerem z drużyny Jetse Bolem oraz zawodnikiem Cofidisu, Jose Herradą. Pomysł zdawał się skuteczny, ale na finałowym podjeździe Madrazo zaczął przejawiać objawy zmęczenia, raz po raz zostając za kolegami, a po chwili ponownie ich doganiając. Takich momentów kryzysu i następujących po nich nagłych odrodzeń miał na ostatnich kilometrach kilka, a kiedy już się wydawało, że opadł z sił zupełnie i decydującą o zwycięstwie walkę stoczą między sobą dwaj pozostali uciekinierzy, Madrazo ponownie odnalazł w sobie cudem zachowane rezerwy mocy. Poderwał się do ataku, minął Jetse Bola i wyraźnie zirytowanego takim obrotem sprawy Herradę, po czym ostatkiem sił dokręcił jeszcze kilka obrotów, by za linią mety wpaść w ramiona swojego zespołu. 
Za plecami Madrazo, którego walka z samym sobą stanie się bez wątpienia jedną z legend Vuelty, rozpoczęła się na dobre rywalizacja pretendentów do zwycięstwa w klasyfikacji generalnej wyścigu. Pierwszy poderwał się Miguel Angel Lopez, który wypracował sobie kilkunastosekundową przewagę nad Valverde i Rogličem, a na mecie ponownie założył czerwoną koszulkę lidera wyścigu. Pierwsze, niewielkie straty poniósł na tym etapie Rafał Majka, szukający wówczas jeszcze odpowiedniego dla siebie rytmu wspinania.
Etapową porażkę Jose Herrady, który w towarzystwie kolarzy Burgos BH wydawał się pewnym kandydatem do etapowego triumfu, pomścił zaledwie dzień później jego młodszy brat Jesus. Po kolejnej już w tym wyścigu skutecznej ucieczce okazał się na ostatnim podjeździe silniejszy do Dylana Teunsa z Bahrain-Merida, któremu jednak drugie miejsce w zupełności wystarczyło do objęcia prowadzenia w klasyfikacji generalnej. Co prawda jechał jako lider tylko jeden dzień, a później oddał ponownie koszulkę Lopezowi, ale w dorobku byłego zwycięzcy Tour de Pologne fakt prowadzenia w Vuelcie zapisał się już na zawsze. 
Etap siódmy miał być pierwszym z prawdziwego zdarzenia sprawdzianem dyspozycji najlepszych górali. Finałowy i potwornie trudny wjazd na Mas de la Costa poprzedzony był czterema mniejszymi wspinaczkami zlokalizowanymi na ponad stuosiemdziesięciokilometrowej trasie. Mierzył nieco ponad cztery kilometry drogi, pnącej się w górę ze średnim nachyleniem przekraczającym 12%. I tu ponownie – tym razem już bez zaskoczenia – zaatakował Nairo Quintana. Ale choć Kolumbijczyk wyglądał na gotowego znowu odjechać samotnie, zostawiwszy za plecami najpoważniejszych rywali, tym razem pilnował przede wszystkim tego, by jego koła nie puścił Valverde. Imponująco wyglądała współpraca kolarzy Movistaru, z którymi walkę zdołali podjąć tylko Roglič i Lopez. Kilkadziesiąt metrów za nimi samotnie walczył Rafał Majka, ale do mety na szczycie Mas de la Costa dotarł pierwszy Alejandro Valverde, dodając do swojej bogatej kolekcji etapowych wiktorii na Vuelcie zwycięstwo numer dwanaście. 
Nairo Quintana, który pod Mas de la Costa wykonał kapitalną pracę dla Valverde, miał szansę dwa dni później powalczyć o kolejny sukces dla siebie. Movistar odwołał nawet w tym celu Marca Solera, który zdawał się pewnie zmierzać po etapowe zwycięstwo w Andorze, ale wyraźnie zirytowany (by nie powiedzieć, że wściekły) zaczekał na swojego starszego kolegę z zespołu. Na niewiele się to jednak zdało, ponieważ obu z zadziwiającą lekkością minął fenomenalny Słoweniec Tadej Pogačar, który w deszczu i chłodzie czuł się nadzwyczaj dobrze, a zostawiając za sobą wszystkich faworytów, wspiął się na szczyt Cortals d’Encamp po swoje pierwsze zwycięstwo w Wielkim Tourze. Nie ostatnie, jak się później okazało, bo dziewiąty etap Vuelty był zaledwie preludium do kapitalnego występu niespełna dwudziestojednoletniego Słoweńca. Quintanie na pocieszenie po dziewiątym etapie została czerwona koszulka, którą mógł się nacieszyć podczas dnia odpoczynku. Dzień później rozegrać się miała jazda indywidualna na czas, w której szanse na obronę pozycji lidera przed mającym zaledwie 6 sekund straty Rogličem miał Nairo Quintana niemal zerowe…
Tutaj nie było żadnych niespodzianek. Roglič pojechał jak po swoje, pokonując aż o 25 sekund drugiego na mecie czasówki Patricka Bevina z CCC Team i wskakując na prowadzenie w klasyfikacji generalnej z blisko dwuminutową przewagą nad Alejandro Valverde. Jak się później przekonaliśmy, rozgrywana w okolicy Pau jazda indywidualna na czas (już druga w tym roku, bo niemal identyczną trasę pokonywali miesiąc wcześniej kolarze jadący w Tour de France), okazała się decydująca dla losów całego wyścigu. Ale po dziesiątym etapie jeszcze nie można było być niczego pewnym, bo chociaż Roglič jechał dotąd bardzo czujnie i nie popełniał większych błędów, to mimo wszystko jego forma była pewną zagadką (nie startował od Giro, które ukończył na najniższym stopniu podium) i wielu obserwatorów zadawało sobie pytanie, kiedy nadejdzie spodziewany kryzys?
Chwilowo jednak to inni kolarze skupili na sobie uwagę niemal całego kolarskiego świata. Najpierw Mikel Iturria, który pod koniec jedenastego etapu podjął z pozoru beznadziejną próbę oderwania się od jadącej daleko przed peletonem ucieczki, a później niesiony dopingiem tysięcy gardeł w swoim rodzinnym Kraju Basków i wspierany mocno zaciśniętymi kciukami milionów widzów, którzy z napięciem śledzili ten desperacki atak, obronił na mecie w Urtax kilkunastometrową przewagę, której nie byli w stanie zniwelować goniący go przez ponad 10 kilometrów rywale. Dzień później podobne emocje mieliśmy okazję przeżywać za sprawą samego Philippe’a Gilberta, który zaatakował na ostatnim podjeździe dwunastego etapu, około 10 kilometrów przed metą, i obronił się przed pogonią Alexandra Aranburu i Fernanda Barcela, sięgając na ulicach Bilbao po swój szósty w karierze etap Wielkiego Touru. Kilka dni później Gilbert sukces powtórzył, ale okoliczności, w jakich do tego doszło, wymagają osobnej opowieści.
Wcześniej jednak kolarze mieli się zmierzyć z Los Machucos – stosunkowo nowym podjazdem na trasie Vuelty, ale już obrosłym złowieszczą legendą. Na papierze nie wygląda na szczególnie długi, mierzy bowiem niecałe 7 kilometrów, ani na szczególnie stromy, bo średnia wartość jego nachylenia ledwie przekracza 9%. Ale papier wytrzyma wszystko. W rzeczywistości kolarze muszą pokonać kilka piekielnie trudnych schodów, na których stromizna sięga momentami aż 28%, a droga wylana jest z poprzecinanego melioracyjnymi rowkami nierównego betonu. W niektórych miejscach jechać trzeba na siedząco, bo stanięcie w pedałach może się skończyć uślizgiem kół, wywrotką i potężnymi stratami, ponieważ ponowne ruszenie z miejsca w takich okolicznościach jest w praktyce niemożliwe. 
W tych warunkach swoistą corridę z groźnym jak wściekły byk podjazdem najlepiej rozegrali Słoweńcy: Tadej Pogačar i Primoż Roglič. Wprawdzie podjazd pierwsi rozpoczęli kolarze z ucieczki, z których najlepiej radził sobie Pierre Latour, a w grupie liderów pierwszym atakującym pod Los Machucos był Nairo Quintana, jednak Kolumbijczyk nie wytrzymał narzuconego przez siebie tempa i złożył broń, na co niezwłocznie odpowiedzieli kolarze ze Słowenii. Mimo reprezentowania różnych teamów podjęli znakomitą współpracę, dzięki której szybko zyskiwali przewagę nad resztą stawki, którą przez długi czas prowadził pod górę Rafał Majka. Na szczycie Los Machucos Roglič oddał prowadzenie Pogačarowi, który sięgnął tym samym po swoje drugie etapowe zwycięstwo w tej Vuelcie. Liderowi wystarczyło powiększenie swojej przewagi nad najgroźniejszymi rywalami o kolejne pół minuty. 
Dwuipółminutowa strata nie leżała jednak w obszarze zainteresowań Alejandra Valverde, który – gdy tylko nadarzyła się okazja – postanowił przejąć inic...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy