Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

12 sierpnia 2019

NR 33 (Sierpień 2019)

Tour de France 2019 – wielka uczta

0 128

Christian Prudhomme triumfuje. Po wielu latach wysłuchiwania narzekań, że Tour de France jest nudny, przewidywalny i nie ma w nim do oglądania nic poza widokami, udało mu się w końcu zetrzeć z twarzy malkontentów grymas niezadowolenia. Niewykluczone jednak, że w ich miejsce pojawią się kolejni: włodarze większości z 744 miast i miasteczek, przez które przebiegała trasa wyścigu. Bo czy zapamiętaliśmy nazwy chociaż części z nich? Od pięknych francuskich krajobrazów tym razem uwagę odwrócił sport. Spróbujmy więc przypomnieć sobie przynajmniej te miejsca, które zaważyły na losach wyścigu.

Bruksela

Nieprzypadkowo tutaj właśnie zorganizowano start 106. edycji Tour de France. To niedaleko od stolicy Belgii, w maleńkim Meensel-Kiezegem, przyszedł na świat Eddy Merckx, który dokładnie 50 lat temu wygrał swój pierwszy Tour de France w karierze. W kolejnych latach „Kanibal” powtarzał ten wyczyn jeszcze czterokrotnie, ale właśnie dla upamiętnienia tego pierwszego zwycięstwa Grand Depart zorganizowano w Brukseli.

W stolicy Belgii triumfowali jednak Holendrzy. Najpierw Mike Teunissen, który zaskoczył wszystkich sprinterów i wjechał na kreskę pierwszy. Miał rozprowadzać na finiszu Dylana Groenewegena, ale sprinter Jumbo-Visma przewrócił się ponad kilometr przed metą, więc Teunissen bez chwili wahania pognał przed siebie, sięgając po etapowe zwycięstwo i pierwszą koszulkę lidera. 

Dzień później utrzymał ją dzięki pracy swoich kolegów z ekipy, którzy na etapie drużynowej jazdy na czas dosłownie zdemolowali pozostałych rywali. Tak emocjonującej i pasjonującej „drużynówki” kibice nie oglądali już dawno. Zanim ponaddwudziestosiedmiokilometrową trasę pokonała drużyna lidera, aż pięć czołowych ekip dzieliło na mecie zaledwie 8 sekund! Ale kolarze Jumbo-Visma dołożyli do tego aż 20 sekund, umacniając Teunissena na pozycji lidera wyścigu. 

Épernay

Stolica francuskiego szampana, którego korki, po wielu latach oczekiwania, miały w końcu okazję wystrzelić 8 lipca 2019 roku. To tutaj Julian Alaphilippe przerwał trwający już 99 etapów czas Tour de France bez francuskiego lidera. Zaatakował 10 kilometrów przed metą, w maleńkiej wiosce Mutigny, na ostatnim podjeździe trzeciego etapu wyścigu. Na szczycie wzniesienia minął prowadzącego Tima Wellensa, po czym pognał w dół, imponując nieprawdopodobną techniką zjazdową. Na mecie w Épernay pojawił się 26 sekund przed peletonem. Czy kolarz Deceuninck-Quick Step, zakładając po raz pierwszy w karierze żółtą koszulkę lidera Wielkiej Pętli, wiedział, że będzie bohaterem jednej z najbardziej nieprawdopodobnych kolarskich historii ostatnich lat? Zapewne nie. Prawdopodobnie już wtedy zadawał sobie pytanie: jak tę żółtą koszulkę utrzymać na La Planche des Belles Filles?

Plancher-les-Mines

Szósty etap Tour de France startował z Miluzy, ale na większości map i w notesach dyrektorów sportowych zakreślona była właśnie nazwa tej maleńkiej miejscowości w Wogezach. Tutaj rozpoczynał się decydujący podjazd tego bardzo trudnego etapu. Do Plancher-les-Mines droga wiodła przez aż sześć górskich premii, ale dopiero w tym miejscu zaczynały się schody. I to niemal dosłownie, bo do znanego już wcześniej podjazdu na La Planche des Belles Filles, charakteryzującego się właśnie nierównomiernym profilem, dołożono jeszcze jeden, kilometrowy stopień, prowadzący szutrową drogą o nachyleniu sięgającym nawet 24%.

Do Plancher-les-Mines z czterominutową przewagą nad peletonem dojechało czterech kolarzy: Thomas de Gendt (Lotto-Soudal), Xandro Meurisse (Wanty-Gobert), Dylan Teuns (Bahrain-Merida) i Giulio Ciccone (Trek-Segafredo), który po fenomenalnym występie w Giro d’Italia, podczas którego stanął na podium jako najlepszy góral, właśnie zostawał wirtualnym liderem Tour de France. Od rzeczywistego objęcia prowadzenia w wyścigu dzielił go tylko siedmiokilometrowy podjazd.
 

 

 


Zadanie – nawet dla kolarza świetnie radzącego sobie w górach – wcale łatwe nie było. Silniejszy na tym podjeździe okazał się Dylan Teuns, choć wiele wskazywało na to, że był to również efekt klasycznej kolarskiej umowy: etap za koszulkę. Ale Ciccone, który na ostatnich metrach podjazdu męczył się już potwornie, nie mógł być do końca pewien, że zdobędzie upragnioną koszulkę lidera, bo za jego plecami Alaphilippe nie dawał za wygraną i cały czas jechał w grupie liderów, którzy z każdym metrem konsekwentnie zmniejszali dystans do włoskiego kolarza.

Mało tego! Julian Alaphilippe na ostatnim fragmencie podjazdu wyrwał się do przodu i zaatakował na szutrowym fragmencie! Albo przez brak doświadczenia, albo przez brak umiejętności, którymi dysponują typowi „górale”, na ostatnich metrach zabrakło mu jednak siły i wyraźnie zwolnił, wyprzedzony jeszcze przez Gerainta Thomasa i Thibauta Pinota. Walkę o utrzymanie żółtego trykotu przegrał z Ciccone o zaledwie 6 sekund. Dokładnie tyle, ile wynosiła premia dla Włocha za zajęcie drugiego miejsca. La Planche des Belles Filles po raz kolejny okazało się bezlitosne dla Francuza. Ledwie kilometr niżej koszulkę lidera przegrał przed pięcioma laty Tony Gallopin – ostatni przed Alaphilippe francuski lider wyścigu.

Sorbiers

Niewielka miejscowość, położona 18 kilometrów od zlokalizowanej w Saint-Étienne mety ósmego etapu, mogła być dla Gerainta Thomasa (Ineos) początkiem końca marzeń o obronie ubiegłorocznego zwycięstwa w Wielkiej Pętli. Właśnie w Sorbiers rozpoczynał się ostatni na tym etapie podjazd: niespełna dwukilometrowy, ale dość stromy i mogący sporo namieszać w czołówce klasyfikacji generalnej. Spodziewano się tutaj ponownego ataku Juliana Alaphilippe’a, który za cel postawił sobie odzyskanie żółtej koszulki przed dniem Święta Narodowego Francji.

Peleton gonił uciekającego samotnie Thomasa de Gendta, a na czele grupy liderów jechał Michael Woods (Education First). Za nim niemal w komplecie kontrolująca sytuację w peletonie grupa Ineos. Ale na jednym z ostatnich zakrętów, niemal u podnóża podjazdu, Woods się wywrócił, pociągając za sobą Gianniego Moscona i Gerainta Thomasa. Prawie cały zespół Ineos natychmiast zeskoczył z rowerów, jazdy nie przerwał tylko Egan Bernal. Michał Kwiatkowski bez chwili wahania oddał Thomasowi swój rower, na którym lider zespołu rozpoczął szaloną pogoń za peletonem. Przed szczytem wzniesienia udało mu się dołączyć do stawki.

Ale pod jego nieobecność (i zgodnie z przewidywaniami) na szczycie zaatakował Alaphilippe, który ponownie szukał swojej szansy w znakomitej umiejętności zjeżdżania. Skorzystał z tego Thibaut Pinot, który złapał koło rodaka i razem zmierzali w kierunku mety w Saint-Étienne. De Gendta już nie dogonili i doświadczony Belg sięgnął po swoje drugie w karierze zwycięstwo na etapie Tour de France. Ale nad peletonem zyskali 20 sekund i bonifikaty, co oznacza, że Alaphilippe powrócił na fotel lidera wyścigu i pozostał na nim przez kolejne 12 dni. 

Carmaux

To miał być długi, płaski i spokojny etap na zakończenie pierwszej części wyścigu, trwającej w tym roku aż 10 dni. Wszystko miało się odbyć według klasycznego scenariusza: kontrolowana przez peleton ucieczka i sprinterski finisz na ulicach Albi. Etap przebiegał niemal dokładnie według tego planu aż do 183 kilometra. Wtedy powiało nieco mocniej z boku, a na jednym z rond przed miejscowością Carmaux część kolarzy pojechała inną stroną i w peletonie pojawiła się niewielka przerwa. 

Zauważyli to i spróbowali wykorzystać kolarze Education First, ale kiedy się zorientowali, że Rigoberto Uran został z tyłu, natychmiast zeszli z prowadzenia. W ich miejsce błyskawicznie pojawili się kolarze Deceuninck – Quick Step i Ineos, którzy narzucili tak mocne tempo w czołówce, że druga grupa okazała się zupełnie bezradna. A w niej zostali m.in. Uran, Pinot, Porte i wielu innych liczących się w walce o „generalkę” kolarzy i spokojny z pozoru etap ponownie zamieszał w klasyfikacji generalnej. 
 


Na mecie w Albi kolejne zaskoczenie, bo oto w pierwszej linii walczących o etap sprinterów pojawił się zupełnie nieoczekiwanie Wout Van Aert (Jumbo-Visma) i zabrał niemal pewnemu zwycięstwa Elii Vivianiemu zdobycz sprzed nosa. Niewykluczone, że mina Vivianiego, przegrywającego sprinterski finisz na Tour de France ze specjalistą od wyścigów przełajowych i klasycznych, była dla Van Aerta nagrodą równie cenną, co możliwość wejścia na podium wyścigu.

Pau

Wout Van Aert cieszył się z etapowego zwycięstwa tylko dwa dni, ponieważ na etapie indywidualnej jazdy na czas zaczepił rowerem o jedną z barierek i z bardzo poważnie wyglądającą kontuzją zakończył swój udział w wyścigu. Ale czasówka w Pau przyniosła znacznie więcej emocji i kilka niespodzianek. 

Pierwszą sprawił Thomas de Gendt, który we Francji jechał jeden z najlepszych wyścigów w karierze. Ku zaskoczeniu wszystkich dwudziestosiedmiokilometrową trasę przejechał w fantastycznym tempie i przez długi czas zajmował „gorące krzesło” kolarza, do którego należy najlepszy czas. Musiał ustąpić dopiero Geraintowi Thomasowi (co już niespodzianką nie było), choć niewiele zabrakło, by wcześniej jego miejsce zajął Rigoberto Uran, a na to stawiało raczej niewielu. Uran ostatecznie przegrał z de Gendtem o dziesiąte części sekundy.

Ale największa niespodzianka była jeszcze na trasie: lider wyścigu, Julian Alaphilippe, któremu wróżono kolejne rozstanie z żółtym trykotem, właśnie po etapie jazdy na czas. Ale on nie dość, że obronił pozycję lidera, to jeszcze powiększył przewagę w klasyfikacji, wygrywając niespodziewanie etap jazdy na czas o 14 sekund przed Thomasem.

Luz-Saint-Sauveu oraz Foix

Luz-Saint-Sauv...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy