Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

3 czerwca 2019

NR 30 (Maj 2019)

Ukraina, Mołdawia, Naddniestrze – poradziecka mozaika

0 164

Był słoneczny początek września, gdy w Krościenku przekroczyliśmy na rowerach polsko-ukraińską granicę. Oficjalnie przejście jest wprawdzie wyłącznie samochodowe, lecz uprzejmi ukraińscy pogranicznicy dopisali nas jako pasażerów do osobowego auta, które stało w kolejce za nami.

KOLORY GALICJI

Przez Chyrów kierowaliśmy się do miasta Sambor. Już za granicą zwracały uwagę barierki, mostki, krawężniki, słupy, latarnie, płoty i bramy, czasem stacje benzynowe, a nawet domy i samochody pomalowane na żółto i na niebiesko, czyli w narodowe barwy Ukrainy. Oprócz tych dwóch kolorów wymalowane były lub wisiały flagi czerwono-czarne, będące symbolem ukraińskich nacjonalistów, a wcześniej banderowców, oraz narodowe hasła i tryzuby. W zachodniej Ukrainie charakterystyczne są kolorowe wiaty przystanków autobusowych. Stare, pamiętające czasy ZSRR, są ozdobione mozaikami stanowiącymi ilustrację symbolu sierpa i młota. Na nowszych ukazane jest często męczeństwo lub potęga Ukrainy. Na ulicach oprócz współczesnych aut widać cały przekrój radzieckiej motoryzacji – pełno tu starych, zabytkowych, ale sprawnych ład, wołg, moskwiczów, zaporożców, kamazów, ziłów. Przed Drohobyczem, jadąc z Sambora, zauważyliśmy na poboczu drogi znak z informacją o znajdującym się w pobliżu cmentarzu żydowskim. Ta niewinna tabliczka zaprowadziła nas na miejsce masowych mordów popełnionych przez nazistów na drohobyckich Żydach. Był to Las Bronicki, w którym w masowych mogiłach spoczywa ponad 10 000 osób. Miejsce to zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Powietrze zgęstniało, a pracująca wyobraźnia nie pozwoliła na zbyt długie przebywanie tam. W ciszy i ponurych nastrojach zjechaliśmy do Drohobycza – miasta, w którym przed wojną mieszkali zamordowani Żydzi. Podczas przejażdżki po Drohobyczu uwagę mocno przykuwały ogromne hałdy śmieci, znajdujące się w miejscach właściwych, tam, gdzie stoją śmietniki, te jednak zostały zalane przez tony odpadów syntetycznych, jak i organicznych. Ptactwo i bezpańskie psy wyglądały na zadowolone, w przeciwieństwie do ludzi. Już w momencie opuszczania ścisłego centrum ciężko było oddychać. Pojawił się smog. Jesienna pora poobiednia to na Ukrainie pora palenia. Tak jak u nas jeszcze w latach dziewięćdziesiątych  ubiegłego wieku palono darń i kłącza po ziemniakach podczas wykopków, tak tam pali się po dziś dzień, a że Galicja ziemniakami stoi, dymi się wszędzie, o dziwo nawet w miastach. Pola uprawne przy blokach czy pasące się kozy między dziesięciopiętrowcami nie są widokiem, który robi na kimkolwiek wrażenie. Pech chciał, że służby porządkowe od dłuższego czasu strajkują, więc mieszkańcy wraz z darnią utylizują również zalegające śmieci. Zrobiło się ciemno, skład powietrza był taki, że miało się wrażenie, iż z każdym wdechem wypala się paczkę papierosów. Przed nami pojawił się długi podjazd – wyjazd z miasta. Dopingowaliśmy się nawzajem, dodawaliśmy otuchy mówiąc: „Jeszcze trochę, już niedaleko, wyżej powietrze będzie czyściejsze”. I jakby ktoś nożem uciął, zrobiło się widno. Mordor został w dole… Pozytywnie zaskoczył nas stan głównych dróg, w porównaniu ze stanem z poprzedniej naszej wizyty w tej części Ukrainy sprzed kilku lat. Pojawiło się sporo nowych asfaltowych szos, stare są zazwyczaj bardzo dziurawe, co jednak nie stanowiło dla nas problemu. Nawet po bardzo ruchliwych drogach jechało się bezpiecznie, często korzystając z pobocza. Między Daszawą a Żurawnem ciężkie murowane domy z szarym tynkiem zaczęły być wypierane przez wesołe parterowe domki. Wjechaliśmy na chwilę do krainy Łemków – kilku wiosek z kolorowo pomalowanymi, drewnianymi gospodarstwami. W sklepobarze jeden z podchmielonych klientów, słysząc nas mówiących po polsku, głośno wykrzyczał: „K...! Polska! Peremyszl! Moja ziemlja!”. Kto wie, może jeszcze jako dziecko padł ofiarą akcji „Wisła”. On – Iwan, pochodził spod Przemyśla, zaś teściowie właściciela sklepu, z Solinki, nieistniejącej obecnie wsi w Bieszczadach, ktoś inny spod Nowego Sącza. Cała wieś zamieszkana jest przez Łemków wygnańców lub ich potomków. Atmosfera była przyjemna, chociaż każdy z rozmówców wspominał o domu utraconym. Iwan co chwilę podkreślał: „Ja nie Ukrainiec, ja Łemko!”, a na do widzenia pozdrowił nas radośnie: „Ciao, bambino, Ameryka!”. Znowu w gęstym smogu dojechaliśmy na miejsce następnego biwaku, nad rzeką Łomnicą. W nocy przy ognisku podziwialiśmy szalejące nad Karpatami burze. Od rana jednak słońce prażyło niemiłosiernie, po dymach nie było śladu i tylko nad górami unosiła się sina mgła. Jedziemy do Iwano-Frankiwska! Teren z łagodnego przeszedł w pofałdowany, pięć męczących podjazdów, zjazd i jest: Iwano-Frankiwsk. Już na przedmieściach zaskoczyła nas obecność ścieżki rowerowej. Na Ukrainie takiego komfortu nasze rowery doświadczyły pierwszy raz i, jak okazało się później, ostatni. Ścieżka doprowadziła nas do samej starówki, przed którą zdarzyła się pierwsza awaria – zerwana linka hamulca. Na szczęście blisko był sklep rowerowy.



Przecinając ładną, zadbaną starówkę, obraliśmy kierunek Nadwórna. Wraz ze zmieniającym się terenem na górski architektura zmieniała się na huculską, pojawiły się drewniane płoty, domy i cerkwie, których dachy obite były cynkową, zdobioną blachą. Na noc znowu przyciągnęła nas do siebie rzeka, tym razem Bystrzyca Nadwórniańska. Dalej, przez Delatyn, podziwiając piękne widoki i racząc się w przerwie pyszną słonecznikową chałwą i kwasem chlebowym, ruszyliśmy do Kołomyi. Po pierwszym podczas dotychczasowej podróży hotelowym noclegu przyszło nam odwiedzić dawny polski cmentarz. Stan nekropolii nas przeraził. Niektóre groby zarośnięte były chaszczami, wszędzie pełno rozbitego szkła, bezpańskie psy mieszkające w grobowcach, mogiły służące za śmietniki, pomniki pomazane sprejem, otwarta trumna z kośćmi w środku, śmieci walające się prawie wszędzie… Z drugiej strony – sporo okazałych grobowców, odnowione pomniki i polskie inskrypcje. Opuściliśmy Kołomyję, by niebawem znaleźć się na terenie północnej Bukowiny i w jej stolicy – Czerniowcach. Miasto zrobiło na nas ogromne wrażenie: monumentalny, przepiękny dworzec kolejowy, wybrukowane ulice, wytworna, secesyjna zabudowa centrum, wielokulturowy klimat, położenie na siedmiu wzgórzach. Po obejrzeniu starówki pojechaliśmy w stronę Mołdawii, mijając całe wsie żyjące z kowalstwa artystycznego – im bowiem bliżej granicy, tym bardziej obowiązkowe było posiadanie przy domu kutej, zdobionej bramy oraz dekorowanej studni. W wielu gospodarstwach uprawiano winorośl, stąd w powietrzu czuć było intensywny zapach owoców. We wsi Mamałyga przekroczyliśmy granicę.

MOŁDAWSKIE DWA ŚWIATY

Mołdawskie wiejskie domy i budynki gospodarcze, malowane zwykle żywymi kolorami, sprawiały wrażenie lżejszych od ukraińskich. Cmentarz we wsi Pererita także wydawał się mało przygnębiający. Nieduże nagrobki stały pośród bujnej roślinności, a ze zdjęć nagrobnych wynikało, że każdy z nieboszczyków przebywa w niebie między chmurkami. W tej samej miejscowości wprost z ulicy porwał nas, nakarmił i napoił winem Nikolai, noszący ksywę Baron. Kiedy zatrzymaliśmy się bowiem na chwilę, żeby sfotografować pasącą się kozę, gospodarz wybiegł ze swojego podwórka i coś do nas głośno zagadywał. „Polonia!” – wykrzyczał, po czym prawie siłą zgarnął nas do siebie. Baron z każdą wypitą szklanką przynosił nam kolejny prezent. Przy pożegnaniu nasze bagaże były bogatsze o półtora litra mleka, jakieś pół kilo swojskiego sera i puszkę piwa, o dziwo bezalkoholowego. Mołdawianie to niezwykle gościnni i przyjaźni ludzie – tak Baron kazał mówić wszystkim w Polsce o ludziach z Mołdawii. Okazało się to prawdą, ponieważ często, gdy zatrzymywaliśmy się aby zrobyć zdjęcia, ludzie do nas podchodzili i po kilku zamienionych słowach zapraszali do swoich domów. Pojechaliśmy dalej na południe po coraz bardziej pofałdowanym terenie. Był to rejon dolin wyrzeźbionych przez rzeki wpadające do Prutu, a silny wiatr wiał zazwyczaj w twarz. Po przybyciu do miasta Bielce poczuliśmy się jak w grze czy filmie grozy o klimacie postapokaliptycznym. Jakbyśmy zbliżali się do jakiegoś jądra ciemności, które emanuje swoją niszczycielską siłą i powoli rozpuszcza wszystko wokół. Zapadnięte ulice, zniszczone chodniki, koślawe bloki i zrujnowane fabryki, a za brzydkimi ogrodzeniami ujadające wściekle złe psy. Nie było to miasto widmo, lecz drugie co do wielkości miasto mołdawskie. Już raz, parę lat temu, przemierzaliśmy ten kraj i nasze spostrzeżenia na jego temat się potwierdziły. Mołdawia ma dwa oblicza, jakby była rozdarta na dwa światy rządzone skrajnymi siłami. Świat wiejski (kolorowy, wesoły, łagodny) zamieszkały przez hobbitów i drugi, zły świat miast, rządzony przez orków. Do Orhei jechało się szybko dobrą, asfaltową drogą. W cygańskiej dzielnicy na krawężniku siedziało kilku chłopaków. Na nasz widok zrobili wielkie oczy, a jeden z nich złapał się za głowę. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Dopiero po pokonaniu kilkukilometrowego ciągłego, męczącego podjazdu ich zdziwienie stało się zrozumiałe. Jechaliśmy do Parku Narodowego Orgiejów, jedynego parku narodowego w Mołdawii. O zmierzchu na skraju kanionu rzeki Răut rozbiliśmy obóz, a w dole świeciły światła wsi Trebujeni. Rano, po nasyceniu się pięknymi widokami, nastał czas, by ruszyć dalej i z każdym kilometrem zbliżać się do granicy z separatystycznym Naddniestrzem.
 



WELCOME TO NADDNIESTRZE

Po przekroczeniu Dniestru czekał nas slalom między betonowymi przeszkodami, za którymi stali rosyjscy żołnierze i pojazd opancerzony. Ich budka i sprzęt przykryte były siatką maskującą. Kałasznikowy mieli w rękach, gotowi do walki, jakby wróg miał za chwilę zaatakować. 

Na przejściu granicznym wopiści byli przyjaźni, wydrukowali nam wizy turystyczne na dwudniowy pobyt w kraju, tak jak prosiliśmy, i życzyli wszystkiego dobrego. Widać, że ten nieuznawany na arenie międzynarodowej kraj otwiera się na turystów. W Dubosarach wymieniliśmy pieniądze na ruble naddniestrzańskie, walutę mającą wartość wyłącznie w Naddniestrzu. Miasto zaskoczyło nas pozytywnie – czyste, bez dziur w chodnikach i asfalcie, ogólnie dużo przyjemniej niż w miastach mołdawskich. Wsie wyglądały podobnie jak w Mołdawii właściwej, poza ciągnącymi się kilometrami, działającymi współcześnie kołchozami/sowchozami.

Tyraspol – stolica Naddniestrza, mimo wszechobecnej komunistycznej symboliki i radzieckiej architektury z ogromnymi placami i szerokimi ulicami, przypominał trochę miasta zachodnie. Jakby ludzie szalenie tęsknili za Związkiem Radzieckim, ale chcieliby żyć jak w Europie Zachodniej. Niedaleko pomnika Lenina przestraszona grupka Hiszpanów w biegu robiła zdjęcia każdej tabliczce, fladze, billboardowi, obrazkowi z symboliką państwową. Pod supermarketem „Sheriff” z kolei stała wycieczka polska – Polacy, dzierżąc w dłoniach zdobyczne wódki i koniaki, głośno przeliczali, ile wydali na polskie. Po obiedzie ruszyliśmy dalej dobrze utrzymaną – jak wszędzie dotąd w tym parapaństwie – asfaltową drogą, mijając ogromne pola słoneczników i kukurydzy. N...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy