Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

14 maja 2021

NR 49 (Maj 2021)

Egzotyczna podróż w czasach pandemii

0 150

Po 350 kilometrach bezludnego stepu dojeżdżam do miejscowości Gobernador Gregores. Wjazd do miasteczka zamknięto rzędem pomarańczowych pachołków. Policjantka w czarnej maseczce zbliża się do mnie na trzy kroki, wymieniamy kilka słów, kobieta wraca do białego kontenera. Słyszę rozmowę telefoniczną: Jest tu mężczyzna na rowerze. Mówi, że potrzebuje wody.

Czekam: upał na trzydzieści cztery stopnie, cienia brak. Wieje. Przede mną stoi samochód osobowy, również czeka. Po kilku minutach zjawia się radiowóz i, poruszając się z prędkością pieszego, eskortuje osobówkę na drugi koniec miasta.

POLECAMY

Strachy

Ale historia zaczęła się blisko rok wcześniej. Szesnastego marca 2020 roku dojechałem do Junín de los Andes, niedużej miejscowości w północno-zachodniej części argentyńskiej Patagonii. Trzy dni później, dziewiętnastego marca, ogłoszono narodową kwarantannę. Przez najbliższe dwa tygodnie czterdzieści cztery miliony obywateli miało pozostać w domach. Zamknięto zakłady produkcyjne, szkoły, lokale usługowe i to, co dla rowerzysty najważniejsze: drogi. Następnie kwarantannę przedłużono o kolejne dwa tygodnie, potem kolejne, i zanim się obejrzeliśmy, nadszedł grudzień.
Bagatela, dziewięć miesięcy. Z nich najbardziej nerwowe były te pierwsze, kiedy człowiek jeszcze nie wierzył tak do końca w to, co się działo. Z czasem godził się jednak z tą swego rodzaju niewolą, narzuconą przez ogólnoświatowy stan nadzwyczajny (to wówczas powstał między innymi mój podcast Radio Argentyna, bardzo polecam!). Napięcie wróciło pod koniec uwięzienia. Kolejne prowincje argentyńskie zaczęły ogłaszać daty wznowienia ruchu drogowego. Neuquen, gdzie się znajdowałem, i sąsiednia Rio Negro, wyznaczyły otwarcie na pierwsze dni grudnia.
Tyle że nie chodziło o otwarcie bezwarunkowe. Każda z dwudziestu trzech argentyńskich prowincji przygotowała zestaw wymagań wjazdowych. Przykładowo, by odwiedzić prowincję Santa Fe, należało przedstawić władzom regionu wypełniony formularz zawierający dokładny plan podróży, dane pojazdu i pasażerów, a do tego wykupione rezerwacje w hotelach i specjalne ubezpieczenie zdrowotne COVID-19. Inne prowincje wymagały ściągnięcia specjalnej aplikacji, zrealizowania testu na koronawirusa czy oświadczenia pod przysięgą o dobrym stanie zdrowia. Drogi niby otwierano, ale spełnienie wszystkich formalności graniczyło z cudem.
 

 

 


Na lachy

Nie zarezerwowałem hotelu, nie wykupiłem ubezpieczenia. Wsiądę na rower, pomyślałem, i niech się dzieje, co ma się dziać. I działo się, bo ledwie wyruszyłem, zaczęły się także intensywne deszcze. Może dlatego w San Martin de los Andes kontroli policyjnej w ogóle nie było. Na wjeździe do Villa La Angostura pracownicy gminy zatrzymujący wjeżdżających popatrzyli na mnie ze współczuciem – zmarzniętego, ociekającego zimną wodą – i pozwolili jechać dalej. W Bariloche, na granicy prowincji, żandarmeria pozdrowiła mnie z daleka. Okazało się, że ubezpieczenia, rezerwacje i inne wymagania to tylko straszaki. Nikt o nie w rzeczywistości nie pyta.
Ale wielu faktycznie się wystraszyło. Miejsca, które zwykle tętniłyby masową turystyką, zastałem pustawe albo w ogóle puste. Nad brzegiem jeziora Gutierrez spotkałem zaledwie garstkę odwiedzających. Na plaży jeziora Guillelmo namiot rozłożyłem sam. W bezwietrzny poranek tafla wody odbijała jak w lustrze białe wierzchołki ośnieżonych gór.
Stres wrócił w okolicach El Bolson, najbardziej na południe wysuniętej miejscowości Rio Negro. Skrajnie południowe dzielnice miasteczka leżą już w prowincji Chubut, jednej z tych, które teoretycznie wymagają od podróżnych specjalnego ubezpieczenia COVID-19. Niektórzy opowiadali, że rzeczywiście: na granicy regionu stoi policyjny patrol i odmawia wjazdu nieubezpieczonym.
Przyjrzałem się mapie, rozmówiłem się z sąsiadami i wybrałem leśną ścieżkę. Na drogę krajową wróciłem kilka kilometrów w głąb Chubutu. Ale według relacji innych podróżników, policjanci, co prawda, stali na posterunku, jednak nie zatrzymywali nikogo. To był tydzień między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem: najwyraźniej na święta dali sobie spokój.
Łagodny zjazd zabrał mnie w zieloną dolinę rzeki Epuyen. Po obu stronach drogi rumieniły się czereśnie. Zrobiłem szybkie zakupy w El Hoyo i odetchnąłem głęboko: przede mną przynajmniej 500 kilometrów wewnątrz jednej i tej samej prowincji, a więc: bez zawracania głowy.

Daleko od szosy

Pierwszy raz zatrzymano mnie w miejscowości Cholila. Opuściłem główną trasę i zbliżyłem się do andyjskiej kordyliery. Na wjeździe policjant zapytał mnie o pozwolenie na przejazd. Chodziło o formularz wypełniany online, który miałem zapisany w formacie PDF. Mężczyzna wyjął swój telefon, zrobił zdjęcie ekranowi mojego urządzenia i poradził, bym nie kręcił się za dużo po miasteczku. Nie, żeby to było zabronione, ale w Cholili do tamtej pory nie zarejestrowano ani jednego przypadku wirusa, więc, jak powiedział, ludzie mogą źle reagować na widok obcego na rowerze.
Zareagowali bardzo dobrze. Obkupiłem się w jedzenie, spędziłem sylwestrową noc, piekąc wołowinę nad rzeką Carrileufu i rozpocząłem nowy, lepszy rok 2021, chrzęszcząc kołami po kamienistej drodze rozciągniętej między jeziorami Cholila, Futalaufquen i Guacho.
Wielu rowerzystów chcących przejechać Argentynę z północy na południe trzyma się kurczowo legendarnej drogi krajowej numer 40 – trasy, która łączy miejscowość La Quiaca, na granicy z Boliwią, z południowymi krańcami kontynentu. Na północy kraju szosa przecina malownicze regiony Salty czy Catamarki, ale w Patagonii jest zwyczajnie nudna: brnie przez suchy step, gdzie przez dwa tysiące kilometrów pejzaż zdaje się nie zmieniać ani odrobinę. Tymczasem prawdziwe...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy