Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

20 listopada 2019

NR 36 (Listopad 2019)

Niedobór Podlasia

0 29

To prawdopodobnie dlatego, że nie byliśmy tam pierwszy raz. Zadziałało także moje obśmiane przez żonę i znajomych zboczenie „filozofia pewnego niedoboru”, niechęć do map i obrzydzenie Kasi do tzw. planowania urlopu. Spinamy się w pracy i jest ogień, ale kiedy przychodzi czas relaksu, budzik nie działa, plany rodzą się spontanicznie i są niedopracowane. Jedziemy fristajlem... Albo po prostu opowiem, jak było.

Muszę jednak zacząć od Lipcowych Bieszczadów. Ponieważ też byliśmy. Załadowałem bagażnik rowerami, zapakowałem całą torbę rowerowego sprzętu, obejrzałem mapy, zaplanowałem urlop kuzynom… Plany minutowe miałem dopięte na 100%. Tylko że na miejscu okazało się, że nie tylko ja pomyślałem o Bieszczadach. Cała Polska też zjechała i jeździła w kółko po obu obwodnicach i wszystkich w miarę asfaltowych drogach, nawet tych czwartej kolejności odśnieżania. Ba! Nawet szutry za szlabanami były nie tylko ludne, ale także ruchliwe. Skąd się nagle wzięło tylu leśników w samochodach? Nie wiem. Dlatego Lipcowe Bieszczady skończyły się dla nas na dwóch wycieczkach. Ale pieszych. I dobrych rozmowach na tarasie. Więc kiedy ja pakowałem z powrotem te nietknięte bieszczadzkim kurzem rowery i ładowałem do bagażnika torby pachnących proszkiem ciuchów rowerowych, kuzyn koszący trawę znalazł tajemniczy przedmiot. Był to plastikowy zatrzask pedału Kasi. A byłem święcie przekonany, że spadł w trakcie transportu gdzieś między Krakowem a Werlasem. Jaka miła niespodzianka. 
Dlatego drugą część urlopu Kasia zaplanowała po swojemu: Dolistowo. Stop. Rodzinny dom przyjaciółki. Stop. Prawie na Biebrzą. Stop. Ogólnie kilkudniowe urodziny. Stop. Sami starzy nieznajomi. Stop. Prawdopodobnie dużo picia, bo wiesz, oni wszyscy z Podlasia są. Stwierdziłem, że może dotrzymam kroku, ale nieśmiało zapytałem, czy zabrać rowery. Zgodziła się. 

Fiesta

Impreza rozpalała się coraz bardziej, tak jak ognisko na podwórzu. Muza waliła okropnie, bo ktoś wystawił głośniki na schody. Paprodziad zastanawiał się, czy łan pała. Mimo wszystko jeszcze w dyskotekowym ferworze umknąłem do pokoiku na piętrze. Ale po jakimś czasie nie wytrzymałem i poszedłem poprosić o ściszenie. Byłem zaskoczony, bo na dole nie spotkałem nikogo. Ognisko czerwieniło się rozżarzonym węglem, głośnik charczał w niższych rejestrach, krzesełka smętnie walały się po trawie… Nie zdążyłem się zmartwić losem innych imprezowiczów, szukałem bowiem wyłącznika szatańskiej maszyny grającej. Jest! Zapadła cisza, która uświadomiła mi, dlaczego pierwotne ludy robiły wszystko, żeby ją zagłuszyć – najpierw bębnem, później głośnikiem z Tonsilu. Ona miała przestać natrętnie dzwonić w uszach! Cisza panująca wokół była tak dojmująca, że poczułem się jak w telewizorze, w którym ktoś nacisnął guzik „Mute”. Ogłuchłem. Nawet psy nie szczekały, a położony na odludziu dom był jak jacht na totalnej flaucie pośrodku Pacyfiku. Zresztą, co ja się tu będę wysilał. Taki np. Mickiewicz napisał dokładnie tak, jakby siedział ze mną koło zużytego imprezami tonsilowskiego głośnika, na zmurszałych schodach dolistowskiego domu...
„Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu.
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi.
Tam z dala błyszczy obłok – tam jutrzenka wschodzi…”
– tylko zamiast Dniestru błyszczała Biebrza, ale nie widziałem, bo wszystko krzaki zasłaniały, więc wróciłem z pokładu do kajuty i momentalnie zasnąłem. Rano dojedliśmy wczorajsze frykasy, omówiliśmy szybko trasę przejazdu i przez krótką chwilę zastanawiałem się, czy mam wszystko. Po jednym bidonie? Tak, w sklepie się dokupi. Nie dałem sobie wmówić, że może być inaczej. 

Eksperymentalna

Jedziemy więc freestyle’owo. Tu w lewo, o, tu fajnie wygląda, no to w prawo. O, to może tą „eksperymentalną”, co ją z Dolistowa do Kopytkowa Holendrzy w latach sześćdziesiątych zbudowali. Słynna szutrówka biegnąca tuż nad samą Biebrzą została w tym roku podniesiona, poprawiono najazdy, kiedy więc usłyszałem: „O tam, na horyzoncie, są domostwa!”, bez zastanawiania się skręciłem, licząc na mniej pospolity dla nas przejazd do Kopytkowa. Po dobrych kilkunastu minutach wiedziałem, że ta droga wygląda trochę za dobrze jak na prowadzącą gdzieś dalej niż tylko do pojedynczych zabudowań. Z domu wybiegły do nas dzieci, po chwili wychynęła z ganku ich mama. Poinformowano nas, że dalej bagna i się nie przejdzie. Śpiewny akcent i szczery uśmiech wystarczył, żeby zdusić miejski pośpiech i jęk zawodu. Po półgodzinie byliśmy z powrotem na „eksperymentalnej” i w drodze do wejścia do Biebrzańskiego Parku Narodowego. 
Słynny Rumcjas nie miał dla nas dobrych wiadomości, ale miał ofertę, którą zaakceptowałem. Zła wiadomość była taka, że dalej bez woderów nie da rady, a oferta opiewała na wynajem tratwy mieszkalnej na dwa dni.

Tratwa

Nazajutrz dzień i pogoda były słabe, tylko nasza rocznica ślubu pozytywnie wpływała na morale załogi. Wpływ był pośredni, i to raczej za sprawą lokalnej nalewki. Zasłoniliśmy ohydne foliowe ściany na tratwie i machnęliśmy na pożegnanie Rumcajsowi. Malowniczy landek z przyczepą odjechał do Kopytkowa, a my podekscytowani domem na wodzie żwawo wywijaliśmy drągami. Nie wiedziałem, czy to nieumiejętność miastowych, czy jakaś inna cholera, ale podczas gdy dziewczyny rozgrzewały się nalewkami, dzieci marudziły na brak rozrywek i wi-fi, ja z Kubą rozebraliśmy się do T-shirtów i próbowaliśmy tę landarę przepchnąć w dół rzeki. Wygrywaliśmy, ale z dużym trudem. Wewnątrz rzeczywiście było już prawie ciepło, na zewnątrz za to całkiem gorąco – i to mimo deszczu i porywistego wiatru. Z czoła ciekł mi pot zmieszany z deszczówką. Pracowaliśmy równomiernie niczym burłacy, ale Dolistowo wcale się nie przybliżało. Pamiętam, że dotarliśmy na trawiastą plażę już po zmroku. Nasze panie elegancko się wymknęły do pobliskiego domu, zasłaniając się wrażliwością młodszych dzieci, a my otworzyliśmy po piwku i zasnęliśmy na podłodze tratwy, usypiani nie tyle jej kołysaniem, ile bębnieniem kropel deszczu w dach. Poranek wstał fenomenalny. Pełny błękit i chłód. Żony wróciły – podobno zawsze wracają, tym razem ze śniadaniem i z plastrami. Zakleiłem pęcherze i ruszyliśmy uparcie w dół rzeki, ciężko pchając drągi. Na szczęście można było pozbyć się poczucia podróżowania w wielkiej foliowej torbie. Zrolowaliśmy ściany i nawet siedząc we wnętrzu, mieliśmy piękny widok na ptactwo. Nie znam się na tym i niechętnie myślę, co może mi zrobić przelatująca nad głową czapla, ale trochę tego tam latało. Pchaliśmy dzielnie, dzieci skakały z dachu do głębiny. My czasem też. Dzień mijał coraz leniwiej, a po południu to nawet przestało wiać i można było dać się ponieść nieśpiesznemu nurtowi i czasem usiąść z napojem chłodzącym w dłoni. Nurzaliśmy się w zieloności aż po horyzont. Głęboko kojące.

Szczęki II

Wróćmy do Kopytkowa i na rowery, a w zasadzie do śluz kanału Augustowskiego. To jeden z kilku punktów na tutejszej mapie, które internet zagospodarowuje jak rafę koralową. Wystarczy, że ktoś zrobi fajne zdjęcie i wrzuci do sieci. Turyści podpływają jak rekiny białe i rozszarpują do kości – tu nie było inaczej. Do śluzy i mostków od czasu do czasu podjeżdżał samochód. Czeredka wypadała na zewnątrz. Trzy selfie i dwie fotki później byli już w środku i jechali „zwiedzać” dalej. A rafa obrastała kolejnym pokładem zdjęć i mamiła coraz bardziej. Ale mostek, jak mostek, śluza – jak śluza, bunkrów też tu nie ma. Napawaliśmy się więc ciszą i historią miejsca. Równocześnie patrzyłem na Google Maps i stwierdziłem, że ze zdjęć satelitarnych wychodzi jednak całkiem fajna pętla, więc nie ma co wracać tą samą drogą. Reszta to zaakceptowała. Po paru kilometrach skończył się dziurawy asfalt i jakikolwiek ruch samochodowy. Byliśmy sami pod gigantyczną kopułą nieba. Pod nami tylko szuter wyciągnięty jak promień lasera w przód, żadnego zakrętu po horyzont. Dla Małopolan to egzotyka lepsza niż Etiopia. Jedziemy i gadamy o życiu, wspólnych dzieciach, kredytach, bolączkach, planach i marzeniach, które o dziwo się spełniają. Jednak przerwy między poszczególnymi wyrazami coraz bardziej się wydłużały, a powód był bardzo przyziemny. Szuter powoli zamieniał się w coraz bardziej kopny piach. Wreszcie skończyła się zabawa, a zaczęła przeprawa i walka w górnych rejestrach tętna o każdy metr terenu. Dlatego gdy dużo później, niż jej obiecywałem, piach zgęstniał, po czym przemienił się w polną drogę, następnie w szutrówkę, a na koniec w asfalt, byłem bardzo zadowolony. Dogoniły nas dzieci na rowerach i zdecydowanie zachęcały do ścigania. Tego im nigdy nie odmawiam, ale uczciwie powiem, że te sprinty „do następnego słupa” przegrywałem nie tylko z kurtuazji. Jeden bidon miał wystarczyć, ale ja byłem suchy jak wiór. I dosłownie na oparach jakiejkolwiek energii dotarliśmy do sklepiku. Wiecie, „filozofia pewnego niedoboru”.

Drewniane bobry

Z półek zgarniałem wszystko jak leci – byle słodkie i zapełniające. Kiedy rozsiedliśmy się i zaczęliśmy biesiadować obok właściciela Wigry 3 i jego kumpla, który podjechał wypasionym traktorem, zanurzyliśmy się w lokalnej kwintesencji społeczno-gospodarczej. Ale panowie dopili swoje, wsiedli na pojazdy i odjechali, w ich miejsce dosiadł się za to bardzo rozmowny i miły gospodarz obiektu. Powiedzieliśmy, że zachwycamy się każdą minutą bycia tu, bo ta cudowna bezludność koi nasze nerwy. Zasępił się i rozpoczął opowieść o tym, co tu się działo przed laty, kiedy z najdalszych okolic świata ściągali ornitolodzy. Mówił o determinacji, z jaką szukali miejsc noclegowych, jak zachwycali się różnorodnością nieskalanego cywilizacją świata ptaków. Opowiadał o rozwoju bazy noclegowej i turystycznej i dopasowywaniu jej do potrzeb turystów. Słuchając go, opierałem się o wyrzeźbione toporem w żubra oparcie ławy. Było równie efektowne, jak zupełnie niewygodne. Nie mogłem dostrzec drogi przez grubo ciosane sylwety ptaków stanowiące balustradę i choć mnie taka estetyka nie mami, to zadumałem się nad determinacją właściciela małego przydrożnego sklepiku dla tak pracochłonnego zdobnictwa. Przypomniałem sobie też obiad w Goniądzu w mastodontycznym ośrodku weselnym. Do talerza zaglądały mi wtedy wypchane dziki i kaczki. Nie mam kłopotów z zaakceptowaniem wypchanego zwierza jako ozdoby, jednak to, podobnie jak finalny rachunek, to było za dużo. Dlatego zamarzyła mi się hipsterska kawiarnia. Żeby mi brodacz bez skarpetek zmielił w ręcznym młynku kawę i zaparzył na jakiś fikuśny sposób. Tak, wegańska hipsterka mogłaby stać się przeciwwagą dla tłustych mięsiw zapijanych marnym piwem z wielkiego browaru. Ale nie dlatego, że cenię takie wygłupy, tylko żeby w odpowiedzi na te dwa nurty pojawiły się małe lokalne miejsca. Takie normalne, w których pani Zosia gotuje domowe cepeliny i – uwaga – podaje je bez palonego sezamu i kolendry! Albo serwują bezpretensjonalną kawę plujkę w szklankach, tak jak tego oczekuję na Podlasiu. No i bum. Na środku goniądzkiego ryneczku stoi taka budka. W środku pani w wieku mocno emertytalnym kręci lody. Nie są wstrząsającym wydarzeniem dla zmysłów. Smakują jak jagody i śmietanka. Ale jak to przyjaciółka żony stwierdziła, smakują tak, jak w czasach jej dzieciństwa. Takie Podlasie lubię. Z lodem w ręku można się dosiąść do właściciela „kamienicy”, która ma schody na rynek, i tak jak on bez słowa śledzić leniwe życie. Polecam. Zastanawialiśmy się ze znajomymi, czy jakość pensjonatów i gigantycznych restauracji – idąca w parze z cenami –...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy