Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

15 lipca 2019

NR 32 (Lipiec 2019)

Ryż z cebulą – droga numer 150

0 161

La Rioja i San Juan to nie najbardziej znane miasta Argentyny. Podobnie droga krajowa numer 150, która je łączy, znacznie ustępuje sławą legendarnej „Czterdziestce”. Jeśli jednak nie masz czasu na pedałowanie 5000 kilometrów z La Quiaca do Ushuaia, to niecałe pół tysiąca z La Rioja do San Juan może się okazać doskonałym zamiennikiem.

Będą góry, poruszające krajobrazy, samotność i nieograniczona przestrzeń na rozbicie namiotu. Zaczynamy od 70 kilometrów na południe stosunkowo ruchliwą drogą numer 38. Na prawo od szosy ciągnie się opadający delikatnie łańcuch gór: drzewa oliwne paradują u jego stóp w regularnych odstępach. Do Patquii dojeżdżam krótko po szesnastej. Na argentyńskiej prowincji kontakt z miejscowymi utrudnia sjesta. Po godzinie trzynastej ludzie barykadują się w domach, zostawiają zakurzone uliczki samym sobie, i tak aż do piątej czy szóstej po południu. A mamy jesień i o siódmej robi się już ciemno.
 


„Trudno – myślę. – Jeśli mi czegoś zabraknie, kupię później: na mapie mam zaznaczonych jeszcze kilka miejscowości”. Błąd. Pojechałem dalej i rozłożyłem się za Patquią. Następnej miejscowości z prawdziwego zdarzenia miałem nie zobaczyć przez następne 250 kilometrów. Podróż udała się doskonale, chociaż dziś nie mogę patrzeć na ryż z cebulą.

Zielone góry, czerwone skały

Droga krajowa numer 150 zaczyna się w miejscowości Patquia i tam też kończy się ruch samochodowy. Czarna nić świeżo wylanego asfaltu – bo trasa jest nowa – wyznacza proste cięcie w ciemnozielonej plątaninie kolczastych suchorośli. Podjazd jest niemal niezauważalny, ale owszem, metr po metrze wspinamy się na łańcuch górski, który w drodze z La Rioja towarzyszył nam nieustannie po prawej stronie. Strome zbocza ściśle obrośnięte niskim lasem widzę coraz bliżej, prawie na wyciągnięcie ręki, jak naturalne przedłużenie równiny, jak fala na morzu zieleni.

Po 1500 kilometrów przejechanych od granicy z Boliwią to dla mnie coś nowego. Do tej pory pejzaże Argentyny albo były zagospodarowane i zmienione przez człowieka, albo puste, piaszczyste i wyzute z form żywych. Tutaj – jak często w Kolumbii czy Ekwadorze – brniemy przez żywą tkankę, naturalny bezkres życia, który oddycha i obserwuje.


Pod koniec podjazd staje się wyraźny i kiedy w końcu przechodzimy na drugą stronę niewielkiego masywu, zielony czar pryska. Wracają czerwone skały, kolczaste krzewy występują znacznie rzadziej, a po obu stronach drogi rozlewa się ziejąca pustką równina z czarnymi gryzmołami odległych szczytów na horyzoncie. Serce bije mocniej: z zachwytu, a może ze strachu przed ogromem przestrzeni, który nie zostawia złudzeń co do naszej małości.

Pierwsza miejscowość na drodze numer 150 to Paganzo: szkoła i trzy domy. W jednym z nich nawet ktoś mieszka i napełnia mi butelki wodą. Przed wioską znak informuje, że zjeżdżając w prawo, dojedziemy do gospodarstwa rodziny Vesely (nie zjeżdżam, później się dowiem, że państwo Vesely dawno już stamtąd wyjechali). Na obiad ryż z cebulą, marchewką, pomidorem i cukinią: nie najgorzej.

Po kilkudziesięciu kilometrach po płaskim otwiera się kolejna brama w górskim łańcuchu. Droga wpada między monumentalne skalne wieże, zygzak zakrętów wzbogaca monotonną prostą i wypluwa rowerzystę po drugiej stronie, na kolejną równinę: królestwo krajobrazu i samotności.

Chłodny wiatr przytula mi się do pleców, ale lepiej tak, niż gdybym miał się z nim spotykać twarzą w twarz. W Kolumbii czy Ekwadorze te 1250 m n.p.m., na których leży Baldecitos, nie zrobiłyby większej różnicy w kwestii temperatury, ale na tej wysokości argentyńska jesień daje się we znaki. Baldecitos to zdecydowanie największa wioska na odcinku z Patquii do Jachal: ma kilkanaście domów i dwa sklepiki. W pierwszym, tym po prawej, znajdziemy ciastka, jaja i orzeszki ziemne. Drugi, nieoznaczony i znajdujący się naprzeciwko, jest jeszcze lepiej wyposażony: na domowych meblach w korytarzu sąsiadka poukładała dżemy, herbatniki i cebulę, a w lodówce mąż przechowuje białą kiełbasę własnej roboty („Czysta wieprzowina – powtarza. – Sam świniak, proszę pana”).

Region jest stworzony do robienia ognisk: suche, kolczaste gałęzie walają się wszędzie, a ziemia jest na tyle piaszczysta i nieużyteczna, że nikt jej nie grodzi spiralami drutu kolczastego, dlatego na kolację pieczona kiełbasa. 
Ale na śniadanie – znowu – ryż, teraz z cebulą, pomidorem i jajkami.

Sierra, czyli piła

Ostatnio wyjeżdżam późno. Słońce wstaje zza gór dopiero po ósmej, ja – kwadrans później. Wychylam się ze śpiwora, sprawdzam temperaturę i wracam. „Wojtku – pytam siebie – mógłbyś mi wytłumaczyć, ale tak, żebym zrozumiał, dlaczego nie zostałeś w Kolumbii, w Ekwadorze? Argentyny jesienią ci się zachciało, psia twoja mać”.

Kilkanaście kilometrów za Baldecitos mamy odbicie do Parku Prowincjonalnego Ichigualasto z jego międzynarodową atrakcją turystyczną – Valle de la Luna (Doliną Księżycową). Znów nie wjeżdżam. Już nawet nie chodzi o te kilkanaście dolarów biletu, tylko o sam fakt, że ktoś chce brać ode mnie pieniądze za coś, co do niego nie należy: za skały.

A skał zobaczę jeszcze dość, bo stąd aż do Jachal cała droga numer 150 to Dolina Księżycowa: za darmo i bez tłumu turystów. Zza każdego z dziesiątków zakrętów wyrastają pionowo gigantyczne formy skalne: szare, czerwone i żółto-piaskowe, krajobraz pusty, suchy i na pewno nieziemski. Pani w przedszkolu zawsze powtarzała, że jesienią, jesienią, gdy sady się czerwienią, należy chodzić z buzią zamkniętą, bo cię, syneczku, przewieje, ale widoki księżycowe prowincji San Juan otwierają usta samoczynnie.

I kiedy myślisz, że to już koniec, że to maksymalna reprezentacja skalnych piękności i więcej już nie będzie, za kolejnym zakrętem ziemia się urywa i w dole widzisz, jak asfalt drogi skręca się w serpentynach tak gwałtownych, że na pewno go to boli.

Staczasz się bezwładnie jak szklana kuleczka wrzucona w labirynt rurek, jak pusty wagonik na kolejce górskiej nachylonej w dół. Ekstaza trwała przez chwilę, a następnie dopadła mnie niezdefiniowana melancholia. Co konkretnie: osoba, miejsce? Polska, Kolumbia? W obrazach, które wyświetlały mi się w głowie, pojawiły się zjazdy z Ekwadoru i Wenezueli, z Boliwii i Peru – ten najdłuższy, z przełęczy Ticlio na prawie 4900 m n.p.m. do nadmorskiej Limy w zaledwie kilka godzin, i nawet zjazdy tutejsze, te z Argentyny. Melancholia dotyczyła najwyraźniej tej unikatowej mieszanki adrenaliny z serotoniną, która uaktywnia się właśnie – wyłącznie – na długich, stromych zjazdach po dobrze asfaltowanych drogach. I, jasne, wszystkich wspomnień, które się z tymi momentami wiążą.

 



Labirynt zakrętów kończy się – jak za każdym razem – zupełnie niespodziewanie: nagle rower wjeżdża na doskonałą płaszczyznę równiny rozciągającej się na prawo i lewo po horyzont, jak gdyby nic się nie stało, jakby tu nigdy nie było żadnych gór. Po hiszpańsku łańcuch górski to sierra, słowo, które można przetłumaczyć także jako „piła”. W prowincji San Juan góry rzeczywiście przypominają proste rzędy ostrzy, które wżynają się bezpardonowo w równiny jak w deski. Drogom przychodzi omijać te piły: te góry, te sierry.

Na mapie Argentyny, jaką sprawiłem sobie w Jujuy, wyrysowano jedynie infrastrukturę transportu: zero topografii, żadnych cieni czy odrębnych kolorów na oznaczenie gór. A jednak przyglądając się przebiegom dróg, można niemal bezbłędnie wyrysować wszystkie większe pasma regionu.
 



Dziś będzie bez miejscowości – na...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy