Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

15 czerwca 2021

NR 50 (Czerwiec 2021)

Trolle, sztokfisze, renifery i MTB

0 94

Kilka lat temu podczas kolejnej objazdówki po bikeparkach południowej Europy wpadliśmy na pomysł, by zrobić coś zupełnie innego – sprawdzić, co słychać na północy kontynentu. W sierpniu 2019 roku, kiedy nikt nie słyszał jeszcze o pandemii, przemieszczanie się po Europie odbywało się w realu tak samo swobodnie, jak dziś palcem po mapie. Ten artykuł to mój powrót do tamtych czasów, gdy wraz z Jankiem i Bartkiem po prostu wsiedliśmy w auto i z rowerami na bagażniku pojechaliśmy na Lofoty. Mieliśmy to szczęście, że mogliśmy się przemieszczać i mieszkać w VW Californii, zatem niewiele nas ograniczało, chociaż w zasadzie podróżowanie po Skandynawii na żadnym kroku ograniczać nie chce!

Dojazd i przemieszczanie się

Nasza wyprawa wymagała skoku do Szwecji. Można to zrobić na dwa sposoby, przez Niemcy i Danię, drogą niemal w pełni lądową lub wybrać prom bezpośrednio z Trójmiasta do Nynashamn pod Sztokholmem. My zdecydowaliśmy się na drugą opcję, zwłaszcza że czekała nas potem długa droga za kierownicą. Jeśli myślicie o jakichś dalszych eskapadach na północ, to zdecydowanie polecam opcję z promem, ponieważ finansowo wychodzi ona podobnie, ale, co ciekawe, czasowo już zupełnie nie. Opcja pierwsza zajmuje około 20 godzin jazdy bez przerwy z południa Polski, natomiast opcja druga to 7 godzin do Trójmiasta, a następnie 18 godzin promem, gdzie wbrew pozorom nie znaleźliśmy się po drugiej stronie Atlantyku, a jedynie około 500 km na północ. Skorzystaliśmy z usług polskiego przewoźnika, a prom „Wawel” zabrał nas nie tylko do Szwecji, ale swoim klimatem także do końcówki lat 90. XX w., za czym osobiście wcale nie tęskniłem (kluby nocne i kasyna też się znalazły). Ruszając na północ ze Sztokholmu, nawigacja pokazała nam ledwie sto kilometrów autostrady, a następnie same drogi krajowe. Zupełnie tego nie rozumiałem, do czasu, gdy zobaczyłem, jak wygląda poruszanie się po tej bardziej dzikiej części Szwecji. Jeśli myślicie, że widzieliście kiedyś długą „prostkę” przez las, to gwarantuję Wam, że nie widzieliście. Dziesięć kilometrów prostej po horyzont? Żaden problem!
I takimi drogami przyszło nam się poruszać w zasadzie na same Lofoty, przez całą Szwecję. Natężenie ruchu było tak małe, że naprawdę nie potrzebowaliśmy żadnej autostrady, a ograniczenie prędkości wynosiło przeważnie 90–110 km/h. Co kilkadziesiąt kilometrów można było natknąć się na jakąś małą mieścinę, po drodze mijając renifery wygrzewające brzuchy na asfalcie. Zimą większość osób porusza się tu na skuterach śnieżnych, jadąc po zaspach usypanych wzdłuż drogi , czy to po wyznaczonych, zimowych trasach, np. przez zamarznięte jeziora. Zabawniej robiło się w nocy. Przemierzając kolejne kilometry, tylko czekaliśmy na jakieś światła miasta, żeby cokolwiek zmieniło się w krajobrazie. Czasem na horyzoncie pojawiała się długo wyczekiwana łuna, jednak gdy pokonywaliśmy zakręt czy wzniesienie, łuna nie zamieniała się w miasto, a w Volvo używające dodatkowych świateł. Robiło to niesamowite wrażenie. Niemal każde mijane auto miało taki dodatkowy zestaw, bo przecież Skandynawowie prawie pół roku poruszają się po ciemku. Drogi w większości były darmowe, jedynie niektóre górskie odcinki, mosty czy tunele bywały płatne. Paliwo, jak na nasze realia, było oczywiście drogie (~7,50 zł za litr), chociaż na możliwości finansowe Skandynawów taka kwota to grosze. Przez niemal całą drogę na północ nie spotkaliśmy ani jednego radiowozu poza Sztokholmem, choć na wjeździe i wyjeździe z każdej wioski czekały na nas fotoradary, które były bardzo dobrze oznakowane, podobnie jak przejrzyste były wszystkie ograniczenia prędkości.
Tak więc w Skandynawii spotkacie charakterystyczne, niekończące się drogi, którymi przemierzać będziecie prawie sami bezkresną tundrę, mijając raz po raz renifery i Volvo.
 

POLECAMY

1. Wcale niepozowane zdjęcie podczas zjazdu singlem w okolicach Leknes (Lofoty), godzina 21:38. 

 

2. Opisany powyżej singiel to na ogół wąska ścieżka usłana kamieniami. 

 

3. Tak mieszkaliśmy przez cały wyjazd – dach do góry, piwo, chillout i grzebanie w rowerach!


Skandynawowie

Według obiegowej opinii Skandynawowie to smutni blondyni noszący dziwne swetry, którzy jeżdżą Volvo w kombi i w wolnych chwilach mordują się nawzajem. No właśnie nie do końca. Skandynawowie to faktycznie w większości blondyni, którzy jeżdżą Volvo, ale według mojej wiedzy wcale tak chętnie się nie mordują, a przynajmniej nas zabijać nie chcieli. Są też otwarci i pomocni dla obcych, oczywiście nie tak, jak np. Włosi, gdzie Giovanni w autobusie powie Ci, że zdradza żonę, ale taki Jane nie będzie miał problemu, by powiedzieć, że żonę ma. To, co musicie wiedzieć, to to, że w Szwecji i Norwegii niemal każdy, niezależnie od wieku, płynnie posługuje się językiem angielskim. Spotkaliśmy siedmiolatków na pumptracku i panią w kwiecie wieku (czyt. po sześćdziesiątce) i w obydwu przypadkach ich angielski pozytywnie zaskakiwał. Bierze się to głównie stąd, że Skandynawowie w telewizji nie mają lektora czy dubbingu, a jedynie rodzime napisy, więc siłą rzeczy po kilku latach mocno osłuchują się z angielskim. To, co dodatkowo wyróżnia przebywanie na północy Europy, to poczucie bezpieczeństwa. Pojęcie „kradzież” niemal tutaj nie istnieje, a przynajmniej tam, gdzie my się poruszaliśmy. Nasze rowery swobodnie zostawialiśmy obok samochodu, nie przypinając ich nigdzie na pełnym polu kempingowym. Oczywiście wpływ ma na to mała gęstość zaludnienia, ale podróżując po południu Europy, na takie zagranie nigdy się nie zdecydowaliśmy.
Ciekawa jest tutaj też kultura motoryzacyjna, bo Skandynawowie to ogólnie prawdziwi petrolheadzi. Pod co drugim domem oprócz Volvo lub Saaba, stoi jakiś amerykański krążownik szos. Im dalej na północ, tym mniej pytają Cię, czym jeździsz, a bardziej o to, ile koni ma Twoje Volvo i jak szybki jest Twój skuter śnieżny. Część dróg pokrywają szutry, a dodatkowo przez pół roku na wszystkich drogach zalega śnieg, więc nie ma czemu się dziwić, że większość wybitnych kierowców rajdowych pochodzi właśnie z północy. Ponadto ciekawe są również „traktory”. Według szwedzkiego prawa traktor to pojazd tylnonapędowy z przestrzenią ładunkową oraz prędkością ograniczoną do 40 km/h, który można prowadzić już w wieku 14 lat. Efekt? Nie zdziwcie się, jak wyprzedzi Was stare Volvo (bo akurat zepsuł mu się ogranicznik prędkości) przerobione na pick-upa (serio!), bo kierowca spieszył się na pierwszą lekcję do szkoły.

Noclegi i jedzenie

Skandynawia pod kątem podróżowania na dziko to chyba najlepszy kraj na świecie. Konstytucyjnie obowiązuje tutaj Allemansrätten, czyli „prawo wszystkich ludzi” do korzystania i obcowania z przyrodą. Można rozbić obozowisko czy zatrzymać się kamperem niemal wszędzie, byleby było to 150 m od najbliższych zabudowań. My spaliśmy na polach kempingowych, które kosztują grosze w porównaniu do południa Europy – około 50 zł/noc za auto i tyle. Czasem musieliśmy dopłacić za prąd, a sporadycznie za każdą osobę z osobna. Standard jest naprawdę wysoki, bo często w cenie był prysznic z ciepłą wodą i WiFi. Popularne są również małe domki kempingowe (z nor. Hytte), które można wynająć za ok. 200 zł/dobę i mieszczą 2–6 osób, gdyby ktoś jechał zwykłą osobówką.
Ceny jedzenia są bardzo zróżnicowane i zależą od regionu. Na południu, a szczególnie blisko wybrzeża, różnica jest znikoma: może 10–20% drożej niż w Polsce, natomiast na północy 1,5 l Pepsi za 16 zł to mało. Na Lofotach prawdziwy chleb kosztował 25 zł. Mówię prawdziwy, bo dało się kupić tańszy bochenek za 15 zł, ale był on chlebem słodkim z dodatkiem warzyw (Bartek do tej pory za nim tęskni). Burger z renifera w punkcie turystycznym koła podbiegunowego to jedyne 120 zł. Nauczeni doświadczeniem z innych wyjazdów, jak na prawdziwych studentów przystało, zaopatrzyliśmy się w słoiki i to pozwoliło przetrwać naszym budżetom ponad 16 dni podróży. Oczywiście najlepsze doznanie kulinarne podróży zaoferował nam McDonald’s gdy już zjechaliśmy z promu w Polsce, ale kto by się tam przejmował jedzeniem. Zasadniczo wszystko, co się dało, zabraliśmy z Polski, a na miejscu kupowaliśmy jedynie wodę mineralną, chociaż taką można pić z kranu, i chleb, ten słodki. Coś mocniejszego również polecam wziąć z Polski. Piwo może nie jest jakieś wybitnie drogie, ale w normalnym sklepie, zarówno w Szwecji, jak i w Norwegii, kupicie jedynie takie, które ma maksymalnie 3,5% alkoholu. Po mocniejsze trunki trzeba się udać do autoryzowanych punktów sprzedaży, których jest mało, a sam alkohol jest stosunkowo drogi. Stąd też mieszkańcy Trójmiasta dobrze znają weekendowe, alkoholowe podróże Skandynawów do Polski, którzy bywają tu często, by w dobrej cenie kupić małe co nieco.
 

4. Charakterystyczne dla Skandynawów czerwone ściany „domków”. Tutaj budynek łazienek i dalej kuchni na campingu w Tarnabach. 

 

5. Typowy skandynawski „traktor” prowadzony przez nastolatka spieszącego się do szkoły. 

 

6. Jeden z najprzyjemniejszych stolików, jakie latałem! JÄRVSÖ, Szwecja.


Gesunda Bikepark

Gesunda (Szwecja) była naszym pierwszym punktem podróży oddalonym o ok. 300 km drogi od Sztokholmu. Bardzo urokliwe miejsce, położone właściwie na nizinie, gdzie na stosunkowo małej górce (514 m n.p.m.) udało się upchać sporą liczbę różnorodnych tras. Po horyzont widać głównie jeziora, a dookoła nie ma innych dużych wzniesień. Na górę dostajemy się oldschoolowym wyciągiem (rok powstania wyciągu to 1958) - z drewnianymi krzesełkami.
Do dyspozycji jest 14 tras o bardzo różnym stopniu trudności, utrzymanych w dobrym stanie. Od niebieskiego Magic Carpet do naprawdę wymagających czarnych linii, które potrafiły mnie zaskoczyć po 10 latach jazdy po górach. Trasy te mają swój niepowtarzalny charakter również dlatego, że zupełnie inna jest tutaj przyroda. Spod niesamowicie przyjemnego iłu wystają tu płaskie, białe kamienie. Myślę, że pod tym kątem każdy znajdzie coś dla siebie. Jest to dość stara miejscówka i przypomina mi trochę mały austriacki bikepark Semmering. Mieliśmy też to szczęście, że przyjechaliśmy tutaj kilka dni po zawodach szwedzkiej serii enduro, na które została wytyczona świeża, nowa trasa po drugiej, bardziej dzikiej stronie góry. Wąska ścieżka we wspomnianym wcześniej ile stała się jednym z najprzyjemniejszych naturalnych przejazdów, jakie kiedykolwiek zaliczyłem.
Zatrzymaliśmy się tutaj tylko na jeden dzień, ale myślę, że w ciągu dwóch dni też byłoby co jeździć. Ceny karnetów są „w normie”, ok. 150 zł/dzień. Nocleg zapewnił nam pobliski kemping.

Lofoty

Z Gesundy pojechaliśmy już bezpośrednio na północ, na Lofoty (Norwegia). Po około 700 km zrobiliśmy sobie nocleg w Tarnaby (Szwecja), blisko granicy szwedzko-norweskiej, w jednym z większych ośrodków narciarskich w Szwecji. Następnie przekroczyliśmy granicę szwedzko-norweską na wysokości Mo i Rana (miasto Mo w gminie Rana) i tym samym przekroczyliśmy północne koło podbiegunowe. Wbrew temu, co teraz myślicie, istnieją tu też inne formy życia niż foki, renifery i niedźwiedzie polarne, mało tego, na pokarm nie trzeba polować! A tak całkiem serio, to ten obszar Norwegii jest dość gęsto (o ile w ogóle można tak powiedzieć) zaludniony, głównie dzięki przemysłowi naftowemu oraz rybołówstwu. Nie jest też tutaj zimno – w połowie sierpnia 20–25°C zdarza się często.
Zimy również nie są srogie, a to za sprawą przepływającego przy wybrzeżu ciepłego Prądu Północnoatlantyckiego. Na same Lofoty dostaliśmy się przeprawą promową na linii Skutvik-Svolvær, gdzie z perspektywy Morza Norweskiego obserwowaliśmy majestatyczny archipelag. Udało nam się zaliczyć go na całej jego długości, gdzieniegdzie zatrzymując się, by podziwiać widoki. W związku z bliskością norweskich wojskowych baz lotniczych mieliśmy niesamowitego farta zobaczyć F-35 lecącego we fiordzie – coś niesamowitego! W drodze powrotnej wybraliśmy drogę w pełni lądową i taka opcja wydaje się dobra, bo można zobaczyć Lofoty z każdej strony.
Poza tym, że Lofoty oferują wiele walorów turystycznych, są też one popularną miejscówką surfingową, więc każdy znajdzie coś dla siebie. O tyle, o ile archipelag jest bardzo dobrze rozwinięty pod kątem turystyki rowerowej, to jeśli chodzi o MTB pozostają nam piesze szlaki, które jednak w dużej liczbie oznaczone są na Trailforksie. Zaliczyliśmy trasę w pobliżu Leknes, która okazała się szybkim i technicznym singlem.
W kwestii samej jazdy to prawdopodobnie nie był to najlepszy „natural” w moim...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy